Wczoraj skończyłem 28 lat.

Niby nie tak mało, niby nie tak dużo, jedno jest pewne: Nie trafię do Klubu 27.

Te drzwi zamknęły się za mną na stałe.

I nie zrozumcie mnie źle, nie jest mi z tego powodu przykro, że żyję. Fajnie się żyje. Natura jest fajna, zwierzęta są fajne, czasem nawet ludzie się zdarzą przyjemni.

Ale ja naprawdę bardzo dużo czasu spędziłem na myśleniu, że do trzydziestki to ja nie dobiję. I wszyscy moi znajomi z nastoletnich lat również.

I może zakrawać to o banał, ale nikt z nas nie myślał wtedy, że czas ma to do siebie, że płynie w różnym tempie. W radości płynie bardzo szybko, w smutku płynie zajebiście wolno.

Ale cholera, nigdy płynąć nie przestaje.

Trzy lata temu w dzień swoich urodzin prowadziłem zajęcia na kursie z Unii Europejskiej, uczyłem dorosłych jak zawsze. Pamiętam, że wtedy bardzo przeżywałem swoje urodziny. Przeżywałem je w sensie negatywnym, czułem, że się starzeję.

Mam taką teorię, że w urodziny czujemy się staro tylko wtedy, kiedy czujemy, że nasze życie idzie w złym kierunku.

To by się nawet zgadzało, albowiem na rozpoczęcie lekcji – a jak ktoś mnie nie zna, to niech wie, że zawsze na rozpoczęcie zajęć staram się zarzucić jakiś mały stand-up – zacząłem monolog o tym, że mam 25 lat i nic się w moim życiu nie dzieje, a gdy Justin Timberlake był w moim wieku to umawiał się z Cameron Diaz i był po związku z Britney, która w okresie trwania ich relacji była najpiękniejszą kobietą świata.

Jedna z moich uczennic, oburzona – jak zawsze, przysięgam, o wszystko była oburzona – zapytała uważasz, że sypianie z Cameron Diaz jest osiągnięciem?

A ja zgodnie z prawdą odpowiedziałem, że tak.

I dzisiaj też tak uważam, aczkolwiek już tak nie winszuję Justinowi, bo zdaję sobie sprawę, że jeśli jesteś nazywany następcą Michaela Jacksona i każdy ma na ciebie ochotę, to nie jest to aż takie trudne.

Aczkolwiek na dzień dzisiejszy dodałbym, że większym osiągnięciem jest znaleźć kogoś komu chcemy wyśpiewać Mirrors i tu winszuję Justinowi, bo kiedy jesteś nazywany następcą Michaela Jacksona i każdy ma na ciebie ochotę, to znalezienie kogoś kto ceni cię za to jakim człowiekiem jesteś, a nie za to co niesie za sobą twoja osoba, to cholernie ciężka sprawa.

Zmieniłem się.

I ty też się zmienisz.

Wszystko się zmienia.

***

Yolo.

Nie wierzę w yolo.

Rozumiem, że żyje się tylko raz i rozumiem, że trzeba z życia czerpać garściami. Carpe diem wyraża to doskonale, yolo jest natomiast agresywne i puste.

Widzicie w „chwytaj dzień” nie zawiera się stwierdzenie „jebać konsekwencje”. Nie wiem jak wy, ale jak nawet piszę te wyrażenia, to przy carpe diem mam przed oczami Greka w todze, który w słoneczny dzień wyciąga dłoń, by dotknąć liścia na którym siedzi motyl.

A przy yolo widzę nastolatka z okropną fryzurą.

I chyba słusznie, bo jak stwierdził to jeden z moich współpasażerów w pociągu, dzieląc się – jak każda osoba, która spędzi ze mną więcej niż 40 minut w poczekalni, pociągu lub samochodzie – ze mną swoją historią życia: „Wasze pokolenie jest pierwszym, które uważa, że nie dożyje starości”.

I dlatego panuje przekonanie, że młodość należy przeżyć jak najgrubiej. Albo grubo, albo wcale prawda?

Cokolwiek robisz rób na sto procent. Melanż na sto procent, praca na sto procent, ćwiczenia na sto procent.

Po co się martwić starością, jeśli nikt nie da nam gwarancji, że do niej dożyjemy?

No i fajnie, tylko pojawia się pewien problem: zazwyczaj dożywamy.

***

Umrzeć młodo nie jest aż tak łatwo. Serio. Ludzkie organizmy potrafiły przeżywać w takich warunkach jak obozy zagłady, więc trudności życia w XXI wieku naprawdę nie wydają się być aż takie zabójcze.

Z drugiej strony uszkodzić organizm w nieodwracalny sposób jest stosunkowo łatwo. Wystarczy zignorować tylko sygnały ostrzegawcze jakie daje nam ciało, a spokojnie nabawimy się wszystkiego o co się prosimy:

– Chodzisz do pracy pomimo tego, że charczysz jak gruźlik? Okej.

– Wciągasz kolejną kreskę, pomimo tego, że serducho wali jak szalone, a ciśnienie miażdży gałki oczne? Okej.

– Robisz kolejną serię przysiadów z obciążeniem, pomimo tego, że tak dziwnie kłuje w kolanie? Okej

– Wciąż się odchudzasz, chociaż przestałaś miesiączkować? Okej.

Rób jak chcesz, twoje życie. Tylko pamiętaj, że każda akcja wywołuje reakcję. I z tymi reakcjami będziesz musieć później żyć, nie tylko dotyczącymi twojego zdrowia. Ale również tego jak postrzega cię otoczenie, bo z reputacją dziewczyny, którą dymało całe osiedle, może być ci ciężko znaleźć fajnego męża.

Statystycznie nie zasłaniałbym się tą szansą na młodą śmierć, bo tak jak znam, nie wiem, z 3 tysiące ludzi z mojego pokolenia, tak tragicznie w młodym wieku umarły całe dwie osoby. To jest dwie trzecie promila. To jest mniej niż jedna dziesiąta procenta.

Ja wiem, że możesz to skontrować tekstem w stylu „jak znam życie, to trafi właśnie na mnie, hehe”, ale jeśli coś takiego pcha ci się na usta to błagam:

Wyjdź.

Pomimo tego co pchają w nas wiadomości, morderstwa, wypadki, tragedie, to naprawdę nie jest to aż takie powszechne. Rozejrzyj się dookoła. Jestem przekonany, że masz podobnie, ale jeśli ludzie dookoła ciebie umierają w zastraszającym tempie, to sprawdź, czy może wszystko z tobą w porządku.

***

Yolo.

Nie wierzę w yolo.

W yolo jest zawarta cała głupota naszych czasów. Ma być szybko, ma być intensywnie. W natłoku obcowania z osiągnięciami innych ludzi, czujemy coraz większy pęd do osiągania sukcesów i kiedy mamy coś czym możemy podzielić się w social mediach to czujemy chwilową ulgę.

O tak. Tak jest. To jest dzień na nasze lajki, dzisiaj nie musimy się już nigdzie śpieszyć. Jutro tak, ale nie dzisiaj.

I w tym wszystkim zapominamy o jednym. Zapominamy o tym, że rzucanie wszystkich sił na szalę nie jest uniwersalnym rozwiązaniem. Jest rozwiązaniem, które sprawdza się na krótkie dystanse, jak na przykład wyścig na sto metrów.

Takie samo podejście do maratonu zagwarantuje nam natomiast, że nie dotrwamy do mety.

I ufam waszej inteligencji na tyle żeby nie musieć wam mówić, czy życie to bardziej sprint czy maraton.

Dlatego nie żyj tak jakby jutra miało nie być.

Żyj tak, byś mógł sobie podziękować za to co zrobiłeś wczoraj.

I pamiętaj, że czasem możesz odpuścić, że nie zawsze musi być cała naprzód.

Pamiętaj o tym, że się zmienisz. I nie masz pojęcia kim będziesz za 5 czy 10 lat.

I dobrze by było, żebyś w wieku lat 30 nie miał zapalenia mięśnia sercowego, depresji, kontuzji kolan czy kręgosłupa (bo wtedy już jest po jakimkolwiek treningu), czy zaburzeń hormonalnych. Zwłaszcza jeśli miałoby być to na własne życzenie. I tak życie cię zwichnie, spokojnie. Po prostu nie dokładaj sobie, nie rób rzeczy, które są głupie tylko dlatego, że nie poniesiesz konsekwencji od razu.

Dlatego, że wszyscy jesteśmy skłonni przyjąć na klatę nawet najgorsze zrządzenia losu.

Z przyjmowaniem na klatę konsekwencji swoich działań może być jednak dużo trudniej.

A każda akcja wywołuje reakcję.

Każda.

.

.

.

.

.

.

.

 

Jak zawsze zapraszam na fejsbuka oraz instagrama
Facebook
Instagram
A jeśli spodobał Ci się tekst, to zawsze możesz podzielić się ze znajomymi: