Jakiś czas temu zaplanowałem sobie, że na blogu będą pojawiać się recenzje restauracji.

Nie spodziewałem się, że jedna z kieleckich knajpek tak szybko sprawi, że nie tylko poczuję chęć, ale i przymus podzielenia się opinią.

I nie dlatego, że było tak pysznie.

Właściwie to wręcz przeciwnie.

Wkurwia mnie niezwykle, kiedy restauracja nie przywiązuje uwagi do higieny i jakości potraw. Widzicie: kiedy kupimy obrzydliwe buty, to po prostu zmarnowaliśmy pieniądze. Kiedy pójdziemy na nieśmieszny kabaret, to po prostu zmarnowaliśmy pieniądze. Ale kiedy kupimy obrzydliwe jedzenie, to najczęściej orientujemy się w tym dopiero po tym, jak jego część jest już w naszym żołądku.

Dlatego właśnie wszelkie zepsute zamówienia, restauracja powinna próbować łagodzić w dwójnasób, bo recenzje wystawia nie człowiek niezadowolony, a człowiek, który zaangażuje się emocjonalnie.

A nie ukrywajmy: ciężko o większe zaangażowanie się w sprawę niż wtedy, kiedy obrzydziliśmy się czymś co zjedliśmy.

Do Włoskiej poszedłem, albowiem wierzę w prostotę w jedzeniu. Dlatego proste nazwy, lub mało pozycji w karcie to coś, czemu bardzo często zawierzam. Prosta nazwa daje poczucie, że miejsce nie musi podbijać sobie ego w żaden sposób, że broni się tylko usługą. Dużo chętniej wybrałbym się do „Włoskiej” niż do „La Quattro Prosciutto”, czy cokolwiek sobie tam zmyślicie.

Co ciekawe „Włoska” wpisała się również w drugą pozycję w kategorii „prostota”, albowiem ma również bardzo mało pozycji odnośnie makaronów. Tylko cztery. Trochę za mało, pomyślałem w pierwszym odruchu, ale uznałem, że w takim razie powita mnie całkowita świeżość produktów i najpewniej zwykłe spaghetti bolognese, będzie jednym z lepszych w moim życiu.

Słuchajcie – jak ja się pomyliłem!

Zamówiłem wspomniane spaghetti oraz pizzę z kurczakiem, pieczarkami oraz kukurydzą. Pizza z pieca opalanego drewnem, dodajmy, bo chociaż nie ma to zbyt wielkiego wpływu na jakość wyrobu, to jednak restauracje się tym chwalą i dlatego od nich wymaga się więcej.

Spaghetti przyszło pierwsze, no i już wielka czerwona lampka. Makaron wymieszany z sosem, kluski pocięte – dosłownie tak, jakbyście odgrzali sobie w garnku spaghetti z wczoraj. Nie ma możliwości, by tak podany makaron był świeży, nie ma i powie wam to każda osoba, która miała cokolwiek do czynienia z gastronomią.

Widzicie, tak na logikę – żadna restauracja mając możliwość podania czegoś świeżego, nie podałaby w sposób, który mógłby wskazywać na to, że jest to stare i odgrzewane.

No, ale dobrze – od tamtego momentu wiedziałem, że już tam nie wrócę, niemniej jednak nadal zamierzałem zjeść ten makaron, bo byłem głodny. Odgrzewane jedzenie to nie jest to co lubię w restauracji, ale raczej nie powinienem się zatruć.

Tylko, że po zjedzeniu jednej czwartej porcji znalazłem niespodziankę. Kawałek przypalonego plastiku, długości półtora-dwóch centymetrów. Spory. Gdybym miał obstawiać co to było, to byłby to fragment jakiegoś opakowania.

Kiedy zwróciłem na to uwagę kelnerce, to para która siedziała przy stoliku obok wyszła, zanim zdążyła złożyć zamówienie. Słuszny ruch.

Chwilę później pojawił się kucharz, który przyniósł pizzę i zabrał makaron na kuchnię, mówiąc, że oczywiście za to nie muszę zapłacić.

Pizza była kiepska, i to w tamtym momencie zrozumiałem, że muszę zrobić chociaż jedno zdjęcie, by napisać recenzję. Było w niej na tyle mało kurczaka, że przez moment byłem przekonany, iż po prostu zapomnieli go dodać.

Po wszystkim pani kelnerka przyszła się rozliczyć i stwierdziła, że „ma nadzieję, że pizza była na tyle smaczna, że wynagrodziła niedostatki”, co skwitowałem wymownym milczeniem, bo przecież nie będę się wyżywać na kobiecie z obsługi, która być może tylko realizuje politykę firmy.

To był opis sytuacji, a teraz powiem wam o co mi chodzi. Muszę to tak oddzielić, bo zauważyłem po recenzjach na fejsie, że broniący restauracji czepiają się najwygodniejszych i najmniejszych szczegółów w recenzji, byleby tylko wyśmiać część moich argumentów i pokazać, że jestem jakiś głupi czy coś. Dlatego reszta wpisu to taki mały list otwarty.

Droga Włosko:

Nie chodzi mi o to, że u was zamiast młynka do pieprzu, mam pieprz już zmielony jak w jadłodajni, co we włoskiej knajpie kłuje mocno w oczy.

Nie chodzi mi o to, że używacie taniego sera.

Nie chodzi mi o to, że na pizzy prawie w ogóle nie było mięsa – na zdjęciu, w przybliżeniu, widać, że jest po jednym kawałku kurczaka na kawałek pizzy.

Bo to są rzeczy złe, ale nie jest to kryminał.

Chodzi mi o to, że dajecie komuś stary makaron z plastikiem i na zwrócenie uwagi, mówicie, że wam przykro.

W takiej sytuacji, w sytuacji w której klient zjadł część dania z niespodzianką w środku, samo „przepraszam” nie jest nic warte.

Powiedzcie sobie szczerze, chcielibyście dojeść to danie do końca? Czy zamówilibyście cokolwiek więcej w takiej restauracji? Co powiedzielibyście o niej swoim znajomym?

To, że nikt mi nie kazał płacić za niezjadliwe danie też jest normą, nie czymkolwiek godnym pochwały.

Klient musi widzieć, że postaraliście się w jakiś sposób wynagrodzić mu swoje faux pas, wynagrodzić niedotrzymanie usługi. Poza przeprosinami takiej osobie należy się bezwzględnie kolejna porcja na koszt firmy i dodatkowo jeszcze rabat, lub gratis. Słowa nie kosztują, słowa są tanim zbyciem problemu. „Przepraszam” wystarcza wtedy, kiedy na przykład podacie ciepłą wodę, zamiast wody z lodówki, ale nie wtedy kiedy wydacie popsute zamówienie.

Czy jest coś tańszego od słów? Czy ma to jakąkolwiek wartość wymierną? Czy w takim razie jesteśmy na zero? Nie. Czy gdyby mechanik wstawił wam do samochodu zepsutą część, to też wystarczyłoby wam, że jest mu przykro?

Dopóki nie zrobicie czegoś dla klienta, dopóki nie pokażecie mu, że ważny jest dla was jego komfort, to słowa nie mają najmniejszego znaczenia.

Nie piszę tego, by cokolwiek od was wyłudzić – nie. Do restauracji które źle oceniam, nigdy nie chodzę ponownie.

Piszę to, by uświadomić wam, że klient, którego się tylko przeprosi, to klient, który został tanio zbyty. I on może nie krzyczeć, nie wołać o menadżera. Ale on o tym wie, on wróci niezadowolony.

Wiecie – to nie konkurs asertywności, że ten, który zrobi największą awanturę to zostanie odpowiednio przeproszony, a reszta nie.

No i raz na jakiś czas może się okazać, że klient jest dziennikarzem lub blogerem i o waszym podejściu do klienta dowie się nieco więcej ludzi, niż garstka jego znajomych.

A wtedy pieniądze pozornie zaoszczędzone na rabacie czy darmowym deserze, mogą okazać się szkodliwą inwestycją.

Restauracje w Kielcach nie mają lekko, a nawet dobra lokalizacja nie gwarantuje stałego obrotu. Chociażby już z egoistycznych pobudek – zwykłego zarobku – warto przykuwać najwyższą uwagę do jakości obsługi.

Nie życzę wam zamknięcia. Mam nadzieję, że zaczniecie serwować świeże jedzenie, a w przypadku, w którym wyraźnie dacie ciała, zadbacie o to, by klient wyszedł zadowolony.

Ale na dzień dzisiejszy, było po prostu okropnie.

 

 

 

***

I jak zawsze zapraszam na fejsbuka

Chcesz się podzielić wpisem? Proszę bardzo, tylko gdzie?