Gdyby ktoś spytał się mnie kiedyś czym jest przerost formy nad treścią, to kiedyś pewnie zacząłbym tłumaczyć mu to na podstawie zmyślonego przykładu, podając najsampierw mniej więcej regułę tego zjawiska.

Dzisiaj po prostu mogę zapytać się: A byłeś na „Rasputinie”?

Wystawiana na deskach Teatru im. Stefana Żeromskiego w Kielcach sztuka pt. „Rasputin” opowiada o ostatnich dniach Cara Mikołaja II i sytuacji na dworze królewskim, ale poza tym rdzeniem dość swobodnie porusza się po ramach czasowych (oraz technologicznych), zmieniając perspektywę uczestników opowiadanej historii, na ich spojrzenie kilkadziesiąt lat do przodu – nawet jeśli bohaterowie już nie żyją. Podążając niejako za czasowym konceptem wypowiedzianym przez tytułowego bohatera, chwilę po tym jak po raz pierwszy pojawił się na deskach sceny.

I jeśli chodzi o treść „Rasputinowi” nie mogę zarzucić właściwie nic. Bohaterowie poruszają ciekawe tematy, na przykład podejścia do koncepcji równości wśród ludzi (co „sprzeczne jest z energią życiową” – podobało mi się to niezmiernie) lub relacji tłum/jednostka. I wszystko byłoby tip-top, gdyby nie to, że sztuka trwająca dwie godziny i minut piętnaście, materiału miała na godzinę.

Co mamy w pozostałych siedemdziesięciu pięciu minutach? Otóż mamy wypełniacze. Mamy zabawę z widzem, w której widz nie chce uczestniczyć, nie wie czy w ogóle mu wolno i jak się do tego zabrać – wszak jest w teatrze. Nie wiem czy reżyser widowiska zdaje sobie sprawę z tego jak pracuje się z publicznością, ale publiczności to trzeba coś dać, żeby od niej wziąć. Trzeba ją rozgrzać – dlatego piosenkarze mają support, a komicy prowadzących show. A jeśli się tego nie stosuje to cóż: dam przykład z życia.

Byłem kiedyś na bitwie freestylowej. Dla tych, którzy nie wiedzą czym to jest, to wyjaśniam, iż jest to konkurs polegający na wyłonieniu najlepiej składającego rymy na poczekaniu rapera. Udział brali mężczyźni nieznani zbyt szeroko i w pewnym momencie na scenie pojawił się bardzo pewny siebie zawodnik. Zawodnik krzyczał wiele do publiczności, krzyczał na zasadzie „wszyscy, kurwa, łapy do góry”, no ale obecni tam obserwatorzy niespecjalnie podnosili, kurwa, swoje łapy do góry. Dlaczego mieliby? Przychodzi jakiś koleś i drze mordę. A co on jest? Eminem? A może zrobi coś najpierw godnego popisu, a potem wymaga.

Także publiczność nie reaguje, bo jest drętwa. Publiczność nie reaguje, bo się źle bawi. Zwłaszcza, że każda jedna zabawa z widzem wypadła pechowo. Były trzy: w jednej nikt nie partycypował, bo nikt nie wiedział jak, w innej chłopak poszedł do sali obok i prowadził rozmowę z dwoma aktorkami, podczas gdy cała sala śmiała się z jego dyskomfortu, skrępowania i ogólnej żenady, którą ta scena wywołała (i przy okazji – nagłośnienie było okropne, może trzeba tam postawić jakiś mikrofon zbiorczy). Trzecia z zabaw – taka z nabijaniem dyktatora na widły – może nie wypadła żenująco, ale wypadła sztucznie i wybijała z rytmu.

Dodam jeszcze, że pomimo tego, że treść była niegłupia, to często wydawało mi się, że aktorzy krążą wokół tematu i gadają o tym samym nie dlatego, że jest to ważne, a by rozciągnąć sztukę w czasie. Żeby wyszły te dwie godziny.

I stąd gdy wybrzmiewały ostatnie nuty spektaklu, kiedy na twarzy Rasputina malowały się mocne emocje, na twarzy widowni malowała się nuda. Przez to, że część sztuki oglądamy przy zapalonych światłach, można było spostrzec to, że siedzą z założonymi rękami, albo opierają się na dłoni czekając na zakończenie.

Sztuka jest nie do zniesienia.

Oczywiście obowiązkowo, jak to w kieleckim teatrze, musi pojawić się bezsensowna nagość. W tym przypadku mamy fiuta w budyniu i scenę, w której kobieta wybiega znikąd i nagle jest bez stanika. Ale specjalnie dołączam to na końcu, by nikt nie mógł mi zarzucić, że ze sztuki pamiętam tylko genitalia Rasputina.

Dało się to zrobić lepiej, można byłoby to zrobić jak w filmie „Magic Mike”, gdzie bohater o wdzięcznej ksywce Big Dick Ritchie wchodzi za białą kotarkę, rozbiera się, a przebijający cień pokazuje, że spokojnie mogliby mówić na niego trójnóg. Można było załatwić tak wiele, niekoniecznie będąc ultradosłownym, ale przecież nie o to chodzi.

Bo chodzi o to, by zrobić szum. I ja to rozumiem.

Na Rasputina w formie bez wypełniaczy poszłyby może licea i garstka ludzi. A tak posypią się zarzuty, że pornografia, że bluźnierstwo. Będzie szum, który spowoduje wysyp recenzji – czy to w gazetach, czy z ust do ust – w których mało kto zdecyduje się skrytykować tę sztukę bezpośrednio, bo jak tak krytykować teatr. Raczej będą to słowa „no to musisz zobaczyć samemu”. Więc ten szum przełoży się na sprzedaż biletów. No i spoko, każdy orze jak może.

Mi podczas krytyki, w prywatnych rozmowach zarzucano – „No, ale co krytykujesz? To przynajmniej masz doświadczenie jakieś, zobaczyłeś.” Moi drodzy, nie.

Ja nie poszedłem na sztukę reżyserowaną przez studentów w ramach zaliczenia, czy uczelnianego projektu. Ja zapłaciłem za bilet i poszedłem na sztukę. To nie jest miejsce na ocenianie chęci i potencjału, jest to miejsce na ocenianie produktu końcowego. A produkt końcowy wypadł tak słabo, że uważam, iż powinien zostać zdjęty z afisza.

Aktorzy się o tym nie dowiedzą od publiki, bo co „Rasputin” faktycznie udowodnił, to fakt, że jednostka pragnie stać się tłumem. I wszystkie te niemal ziewające jednostki, kiedy tylko spektakl się zakończył, zlały się w tłum, który wybuchnął owacją, a następnie począł wstawać. No cóż: Teatr terroryzuje widza, każe mu się sobą zachwycać, żąda pełnej akceptacji, każe wpadać w ekstazę, udając intelektualne głębie, zbyt często pokazuje jałowość i pustkę, a jednocześnie nie pozwala wyjść w trakcie przedstawienia, gdyż byłoby to nie tylko źle widziane, ale świadczyłoby o prostactwie tego, kto wychodzi (…) – Krzysztof Varga – „Trociny”.

I dodam, że nie buduję tego na podstawie obserwacji twarzy. Skoro sztuka spowodowała największe emocje, kiedy aktor dostał plakietkę z napisem pedał, albo kiedy na scenie padło słowo stolec, albo kiedy transmitowany z pokoju obok chłopak z widowni niezręcznie opowiadał o seksie ze swoją dziewczyną, to naprawdę nie może świadczyć dobrze o przedstawieniu. Bo tak naprawdę oznacza to, że widownia nie reagowała na nic związanego z treścią.

Która – powtórzę po raz kolejny – naprawdę miała potencjał.

Dlatego szkoda. Bardzo szkoda, bo temat zacny.

Na Filmwebie dałbym 3/10.

.

.

.

.

.

.

 

Jak zawsze zapraszam na fejsbuka oraz instagrama
Facebook
Instagram
A jeśli spodobał Ci się tekst, to zawsze możesz podzielić się ze znajomymi: