Agnieszka nienawidziła ludzi.

Nienawidziła ich za każdym razem składając bluzki, które klienci sklepów rzucali jak szmaty. Nie była tego świadoma, ale dopóki nie zaczęła pracować w sieciówce z odzieżą, to z przymierzanymi rzeczami robiła tak samo. Praca uszlachetnia, bo dzięki temu Agnieszka nabrała trochę empatii.

Głównie w stosunku do siebie.

Składając te ciuchy, w momentach kryzysowych, przekonywała siebie, że prędzej czy później, jedna udana fucha fotograficzna pozwoliłaby się wybić jej z tego marazmu i zostawieniu tego okropnego życia.

W tym samym czasie Mariusz nie żywił do nikogo złych emocji. Właśnie kończył ustawianie kolorów na zdjęciach jedzenia z restauracji, którą posiadał. Doszedł do ogromnej wprawy, cały proces robienia zdjęcia zajmował mu maksymalnie piętnaście minut, a kilka standardowych ustawień barw w programie do obróbki zdjęć, pozwalało mu zamykać obróbkę w minut kilka.

Rok temu jednakowoż, Mariusz żywił złe emocje do Agnieszki, a Agnieszka żywiła do Mariusza.

Jako młody, ale prężny przedsiębiorca, Mariusz uznał, że pomoże rodakom w potrzebie i jak najczęściej będzie dawać pracę. Kiedy usłyszał od kilku znajomych z rzędu, że dotychczasowe zdjęcia potraw, delikatnie mówiąc, kariery w social mediach nie robią, postanowił zainwestować w reklamę. Ogłosił przetarg, wyznaczając bardzo proste kryteria: kandydat był zobowiązany do przesłania czterech fotografii + stawki miesięcznej za dokładnie opisane w ogłoszeniu obowiązki. Obowiązki dodajmy, bardzo nieskomplikowane, polegające na jednym zdjęciu tygodniowo.

To co otrzymał przeraziło go dość mocno. Zgłoszenia można było podzielić na dwie kategorie: Okropnych zdjęć, robionych pierwszemu lepszemu jedzeniu komórką – tak jakby on komórki nie miał – zazwyczaj okraszonych mailem z ogromną liczbą błędów ortograficznych. Druga, mniejsza kategoria, to zdjęcia robione profesjonalnym aparatem, w innej restauracji. Bez błysku, ale kolorowo.

Ciekawostka – żaden kandydat nie przesłał dokładnie czterech zdjęć. Za każdym razem było ich więcej, co tylko odstraszało Mariusza od pracy z ludźmi, którzy nie potrafią liczyć do czterech.

Kandydatura Agnieszki była najlepsza z nich, zawierała najlepsze zdjęcia i cały e-mail był napisany bez byków, ale nie była to kandydatura idealna. Zwierała widełki płacowe, których Mariusz nijak nie mógł rozgryźć a co gorsza Agnieszka nie była w stanie mu odpowiedzieć, skąd bierze się różnica pomiędzy zaproponowaną ceną 600-700 złotych. Agnieszka stwierdzała tylko, że jest to „do negocjacji”, ale na mniej nie chciała zejść, bo „takie są stawki rynkowe”.

Mariusz niechętnie, ale właściwie był nawet skłonny na tą propozycję przystać, bo reklama zwróciła by się, gdyby napędziła mu jakieś 40 obiadów więcej miesięcznie. Jednakże zrządzeniem losu w zauważył w dużym sklepie z elektroniką wyeksponowaną lustrzankę w ratach 0% i postanowił, że zdjęcia będzie robić sam.

Nie dość, że wyszło go to taniej, tak dwa razy taniej przynajmniej, to jeszcze kilka razy szybciej, bo nie musiał na nic czekać i mógł robić wszystko w takich godzinach, kiedy mu się podobało.

Agnieszka nie mogła zaakceptować tej decyzji i do dzisiaj nazywa Mariusza „jebanym prywaciarzem, który chce się nachapać” i człowiekiem, który „chce psuć rynek”.


Są takie zawody, których reprezentanci co i rusz narzekają na to, że inni psują rynek. Ich receptą na sukces jest sztucznym trzymaniem w bańce swoich zarobków, a fakt, że ktoś ma odnośnie zarabiania pieniędzy inne wytyczne – powodem do drwin i gniewu.

Mnóstwo fotografów narzeka na to, że rynek ślubów się zepsuł, bo teraz ludzie wolą wziąć małolata z lustrzanką, reklamującego się dodaniem „photography” do swojego imienia i nazwiska w social mediach. Nie biorą jednak pod uwagę tego, że jeśli ktoś woli małolata z lustrzanką zamiast profesjonalnego fotografa, to dość kiepsko o nich świadczy.

Jeśli ktoś bez doświadczenia, bez kwalifikacji i bez referencji potrafi zrobić swoją robotę lepiej od Ciebie, to rynek psuje owszem jedna osoba – Ty.

Po prostu.

Nie mam pojęcia skąd się wzięło w pewnych zawodach myślenie – musimy trzymać cenę, bo inaczej nas zjedzą. Czy na pewno Ci sami ludzie chcieliby żeby świat tak wyglądał?

Czy na pewno chcieliby, by nawet najtańsze hotele ustalały sobie cenę na poziomie minimum 300 zł za dobę, żeby nie psuć rynku?

Czy na pewno chcieliby, by najtańsze restauracje proponowały 50 złotych za obiad?

Oczywiście, że nie. W życiu jest miejsce na produkty każdej jakości – groszek Aro, groszek Dawtona i groszek Bonduelle. Każdy z nich reprezentuje inną półkę cenową, i wszystkie mają się dobrze, każdy trafia do innego klienta.

Gdyby sztucznie zawyżyć cenę hoteli, to prywatnie wynajmowane pokoje stałyby się dużo bardziej dochodowym biznesem. Gdyby sztucznie podwyższyć cenę w restauracjach, to ludzie zaczęliby stołować się w domach.

I tak samo będzie z ludźmi szukającymi fotografa, filmowca, czy muzyka na wesele. Nie każdy ma ochotę płacić kilka tysięcy złotych. Dla ludzi mocniej liczących się z groszem, młody człowiek, który po prostu zrobi zwykłe, ładnie oświetlone zdjęcia, które będą – i nic ponad to. I jest to całkowicie zrozumiałe.

Ale nie dla naszych narzekaczy – bo konkurencja potrafi napsuć krwi. Trzeba się postarać i w ogóle.

Trzeba być lepszym. To ciężkie.

Więc jeśli narzekasz na to, że klienci nie chcą płacić tyle ile chcesz, to zastanów się, czy nie jest przypadkiem tak, że jedyną profesjonalną cechą twoich usług jest cena.


Chcesz być na bieżąco? Tu masz fejsbuka oraz instagrama. To kliknij tam czy coś.

 

Jak zawsze zapraszam na fejsbuka oraz instagrama
Facebook
Instagram
A jeśli spodobał Ci się tekst, to zawsze możesz podzielić się ze znajomymi: