To mógłby być najkrótszy artykuł na tej stronie, bo jego treść mogłaby brzmieć: „Na sto procent”.

Gdyby nie to, że później muszę dodać: „ale”.

Dlaczego zazdrość nie jest zdrowa

„W każdej relacji musi być odrobina zazdrości” – to społecznie akceptowana i przyjęta fraza, która związkom tak naprawdę bardziej szkodzi niż pomaga i tak naprawdę używana jest do usprawiedliwienia zachowań mających zapewnić kontrolę nad partnerem.

A tak naprawdę nic tak nie obrazuje patologii w relacji, jak całkowicie odrealnione zakazy popierane zazdrością i motywowane faktem, że gdyby jej nie było to znaczyłoby, że jest źle.

Przykład odrealnionego zakazu? Ostatnio usłyszałem historię o tym, że dziewczyna nie mogła z koleżankami pojechać do innego miasta oddalonego o godzinę drogi, bo jej nie pozwolił chłopak. Nie, że się mieli widzieć tego dnia. Ona miała dzień bez niego, on bez niej, ale nadal nie było jej wolno.

Dlaczego? Nikt tego nie wie, po prostu nie dostała pozwolenia. A ona się dostosowała, bo jest nauczona, że tak właśnie mają wyglądać relacje. Że jedna osoba wydaje polecenia drugiej i karci ją poprzez zmiany nastroju, potocznie zwane fochami.

Zakazy rozlewają się również na kontakty z innymi osobami, uczęszczanie w sytuacjach społecznych. „Ja Tobie ufam, ale nie ufam innym facetom” – powtarzają jak mantrę mężczyźni, którzy chcą zakazać pójścia dziewczynie na ognisko ze znajomymi. To zdanie tak naprawdę nie oznacza nic, poza „nie wolno Ci”. Co może oznaczać innego, co Ci faceci jej zrobią – zahipnotyzują? Zgwałcą? Technikami manipulacji wyperswadują związek i zaproponują rozwiązły tryb życia?

Bo jeśli bolisz się tego, że Twoja dziewczyna zdradzi Cię przy pierwszej możliwej okazji, to błagam Cię – na jakim fundamencie budujesz ten związek?

Czy nie jest może tak, że Ty byś jej przypadkiem nie zdradził przy pierwszej możliwej okazji? Wiesz, ludzie oceniają swoimi kategoriami.

Uczucie zazdrości pojawia się z dwóch powodów: a) czujemy kontrast pomiędzy swoją (słabą) pozycją, a czyjąś (wysoką). Dlatego na przykład ludzie mówią, że nowe auto sąsiada to pewnie zaraz się popsuje, a i tak tyle pracuje, że go żona pewnie zdradza i dlatego też nie chcą by ich dziewczyna rozmawiała na imprezie z kimś innym, bo ten ktoś jest w naszych oczach konkurencją.

(Połowa moich koleżanek ma zakaz rozmów ze mną, więc wiem o co chodzi)

Powód b) to przywiązanie do swojej rzeczy. Tak jak dzieci nie chcą się dać pobawić swoją zabawką innemu dziecku, tak niektórzy dorośli nie chcą dać obcować innym dorosłym z ich partnerem, nie zauważając jednakowoż, że człowiek różni się nieco od przedmiotu nieożywionego i ma swoje potrzeby, w tym potrzebę wolności.

Obie formy zazdrości są chore, chociaż reprezentują inny poziom skażenia umysłowego, ale każda kończy się jednym. Kontrolą.

I wiecie co? Jakby taka forma związku pasowała dwóm stronom, to nie ma problemu. Nie rozumiałbym tego, tak jak nie rozumiem ludzi oglądających siatkówkę, ale akceptowałbym to jako działający w pewnych przypadkach przepis na relację.

Problem polega na tym, że to prędzej czy później zawiedzie.

Dlaczego kontrola nie zdaje egzaminu?

Dlatego, że możesz egzekwować ją tylko poprzez karanie zmianą nastroju, albo groźbą odejścia. Czyli – dopóki masz nad kimś władzę, to spoko. Natomiast jeśli ktoś się już tym zmęczy – a zmęczy się na pewno – to najprawdopodobniej znienawidzi Cię za to, że przez miesiące czy lata musiał się bać foszków.

Na pewno znacie takie małżeństwa, gdzieś z imprez wujostwa, czy z wesel, że kobita stoi nad pijanym facetem i mówi mu, że w tej chwili wychodzą, że taksówka już czeka.

A on ma to gdzieś.

To pokazuje, że Ci ludzie tak już żyją ze sobą siłą rozpędu. Niby są razem, ale tak naprawdę każde robi co chce.

To samo czeka Ciebie, jeśli będziesz zabraniać partnerowi normalnych relacji z całym światem. Jeśli nie będzie mógł rozmawiać z płcią przeciwną, jeśli nie będzie mógł zrobić sobie wypadu bez Twojego towarzystwa, albo bez obowiązku meldunku i bycia non-stop pod telefonem to prędzej czy później zorientuje się, że nie robi nic złego.

Bo nie robi.

A ma karę.

I uwierz mi, zorientuje się, bo to żadna fizyka jądrowa. Wtedy albo zacznie z Tobą walczyć, albo zacznie Cię oszukiwać.

Oba rozwiązania to początek końca relacji. To potężne pęknięcie, które ciężko będzie naprawić, zwłaszcza bazując na tym jak do tej pory komunikujecie się między sobą.

Dlatego kontrola to absolutnie poronione rozwiązanie. Weź tego człowieka usadź przed sobą i po prostu konkretnie zapytaj czy możesz mu ufać, czy wszystko jest w porządku. Na początku relacji warto zapytać o to czy spotyka się tylko z Tobą i w jaki sposób podchodzi do relacji.

I nie daj się wykręcać, nie daj odpowiadać w żartach. Powiedz, że to dla Ciebie poważne sprawy, a jeśli druga osoba tego nie rozumie to błagam Cię, zmień standardy.

Daj komuś wziąć odpowiedzialność za swoją osobę, za swoje czyny. Jeśli Cię okłamie – jego sumienie. Jeśli sytuacja będzie ciężka – przynajmniej wiesz na czym stoicie. A potem po prostu zaufaj i daj komuś być sobą. Nie kontroluj.

Ale pamiętaj – nie kontroluj nie oznacza „bądź ślepy”.

Dlaczego ufaj, nie oznacza odwracaj wzrok?

Kiedyś myślałem, że kluczem do udanego związku jest całkowite zaufanie, a to oznacza, że pozwalamy na wszystko.

I to jest o tyle głupie, że w takiej sytuacji prosimy się o kopa w dupę. Nie jest to nasza wina, nikt nie powinien nas kopać, ale gwarantuję, że kop zaboli tak samo bardziej.

Dam wam prosty przykład: Ile ludzi płaciłoby podatki wiedząc, że nie czeka ich kontrola skarbowa? Raczej niewielu.

Ale zadam inne pytanie: Jak długo zeszłoby komuś, kto chciałby być uczciwy, żeby zejść na złą drogę? Jak prędko pokusa tego, że właściwie można chociaż trochę tych pieniędzy zostawić sobie przeważyłaby nad przyzwoitością.

Jeśli nie do pierwszej potrzeby posiadania większej ilości gotówki, to do którejś następnej. I nie to, że od razu kraść miliony, tylko tak troszeczkę podebrać.

I to samo jest ze wszelkiej maści flirtami z kolegami czy koleżankami – wierność bywa trudna, bo życie jest długie, a pokusy silne. Czasem w życiu nudy, a na zewnątrz pojawia się coś ekscytującego. I kusi.

Nie żeby od razu zdradzać, ale tak popisać trochę, jakieś selfie wysłać, coś się zwierzyć.

Z tym, że jeśli ktoś buduje za plecami taką niczym nieograniczaną relację, to tak naprawdę może się zupełnie nie zorientować, że od dłuższego czasu jest już nie w porządku wobec swojego partnera.

Zwłaszcza, że społeczny koncept zazdrości jest na tyle szeroki, że z automatu klasyfikujemy rozsądne zachowania jako zazdrość, a tej zazdrości przecież nie chcemy okazywać.

Niemniej jeśli widzisz, że gdzieś na imprezie Twoja partnerka zdejmuje włosa z marynarki swojego rozmówcy, lub w inny sposób notorycznie narusza jego przestrzeń osobistą, to zwrócenie na to uwagi nie jest zazdrością. Jeśli zauważasz, że Twój partner opowiada o jakiejś swojej koleżance trochę zbyt często, to zapytanie o co chodzi w ich relacji nie jest zazdrością.

Nie będzie to zazdrością, na takiej samej zasadzie jak to, że paranoją nie jest zapytanie kogoś kto kręci się w pobliżu naszego domu co tu robi.

To zwykła reakcja na to co się dzieje.

Jak w takim razie ufać, ale jednocześnie nie wystawić się na strzał?

Każdy z nas ma przy sobie skarbnicę swoich tajemnic, a jest nią telefon.

Oczywistym jest, że nie wyskoczę teraz z rozwiązaniem na zasadzie „daj swojemu partnerowi dostęp do Twoich kont”, bo to chore. Każdy ma prawo do prywatności, każdy ma prawo do swoich tajemnic i – przede wszystkim – każdy ma prawo do cudzych tajemnic.

Jeśli mój kolega napisze do mnie ze sprawą, która ma zostać między nami, to nie mogę pozwolić na to, żeby ktoś to czytał. Byłbym człowiekiem absolutnie niegodnym zaufania.

O swoją prywatność trzeba dbać i swoją prywatność trzeba mieć.

Ale myślę, że w związku musisz mieć możliwość skorzystania z telefonu drugiej osoby – sprawdzenia map Google jak jedziecie samochodem, spojrzenia jak sprawdza rozkład PKP i tak dalej. Żadnego znania haseł, żadnego gapienia się w ekran jak ktoś dzwoni, żadnej kontroli.

I wiem co możesz myśleć – nadal w tym przypadku ktoś mnie może zdradzić. Przecież wystarczy kasować wiadomości, wyciszyć konwersację z daną osobą. Nadal nie jestem bezpieczny.

Uwaga, zdradzę Ci sekret: Nigdy nie jesteś.

A jeśli ktoś chce Cię oszukać to Cię oszuka, no błagam. Niezależnie od tego jak bardzo kontrolujesz, jeśli ktoś się uprze to znajdzie w tym lukę. Zawsze. I jeśli osoba nie będzie chciała z Tobą być to Cię zostawi, też niewiele możesz na to poradzić kiedy do tego momentu już dojdzie.

Tutaj chodzi o coś zupełnie innego: tutaj chodzi o to, że dana osoba kasując wiadomości czy wyciszając konwersację sama przed sobą będzie wiedzieć, że coś jest nie tak. I będzie zmuszona do konfrontacji ze swoim sumieniem.

Będzie zmuszona do wzięcia odpowiedzialności za swoje czyny. Zabierzesz jej oręż do usprawiedliwiania się samej przed sobą. Że przecież to nic takiego, że przecież to tylko kolega albo koleżanka.

I gwarantuję Ci, że jeśli ktoś chce być uczciwy to tyle wystarczy.

Nie oznacza, że Cię nie zostawi. Być może wręcz przeciwnie – zastanowienie się nad tymi wątpliwościami tylko przyśpieszy proces rozpadu waszego związku.

Ale jeśli Cię ma zostawić, to chociaż ze świadomością tego co się stało.

Zostawi Cię uczciwie.

A nie z masą bzdurnych powodów, że to przecież był tylko kolega. Z masą bzdur, które tylko obciążają Ci głowę.

Już ciężką, dodajmy.

Bo z rogami.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

Przeczytaj również:

Wierność

Czy w Twoim związku jest potwór?

Jak stać się manipulującą p***ą?

Jak zawsze zapraszam na fejsbuka oraz instagrama
Facebook
Instagram
A jeśli spodobał Ci się tekst, to zawsze możesz podzielić się ze znajomymi: