Czujemy motyle w brzuchu, nie możemy spać. Myślimy cały czas i wciąż o jednej osobie.

Tak – zakochaliśmy się.

I każdy przyzna, że zakochanie się to takie niezwykłe uczucie. Uderza w nas nie wiadomo skąd i nie zdarza się zbyt często.

Szkoda tylko, że to nieprawda.

Romantyczna miłość i wszelkie pochodne zjawiska są zakodowane w naszym myśleniu jako rzeczy magiczne, niewytłumaczalne. Nie ma co się dziwić – jesteśmy karmieni tym na każdym kroku: poczynając od kultury wysokiej, przez popkulturę, do przekazu ustnego. Czyli bądźmy szczerzy: Jesteśmy karmieni dyrdymałami. Niestety wraz z tym jak dorastamy, często nie potrafimy przepuścić tego przez filtr rozumu i tak tkwimy w tej głupocie po uszy. Oczywiście cechą ludzką jest to, że jeśli czegoś doświadczyliśmy, to czujemy się w danej dziedzinie ekspertami, więc każdy ma na temat miłości swoje twierdzenia.

Stąd pojawiają się takie potworki jak to, że „łobuz kocha najmocniej”, albo, że mieć partnera w wieku dorosłym oznacza „ułożyć sobie życie”.  Ten drugi pogląd jest bardzo szkodliwy, bo zakłada, że szczęśliwa kobieta z pracą, pasją i życiem towarzyskim ma nieułożone życie, a taka bez pracy, pasji i życia towarzyskiego, ale z mężem, ma życie ułożone. I z tego tytułu społeczeństwo będzie zatruwać życie tej pierwszej kobiecie, wtłaczając w jej głowę poczucie winy i kompleksy.

Ale to tak na marginesie.

Oczywiście, ponieważ te romantyczne określenia częstokroć zderzają się z rzeczywistością, pogrupowaliśmy uczucie na kilka kategorii, by potem mówić, że „to nie była miłość, to było tylko zakochanie”, chociaż w momencie szczęścia nazywaliśmy to miłością.

Dlatego sam nie jestem zwolennikiem rozdzielania tego na wszystkie sposoby. Jeśli jesteś zakochany, to czujesz miłość. Kropka. Nie uciekaj od odpowiedzialności, bo „zakochanie” jest wymyślone tylko po to, by usprawiedliwić się przed sobą (i innymi), że ta miłość była po prostu nietrwała.

Wszyscy też jesteśmy przekonani o wyjątkowości swojego uczucia i znowu: nasza pycha pcha nas w przeczucie, że tak miało być, że to nam los napisał i już mi niosą suknię z welonem.

A co powiedzie na to, jeśli powiem wam, że w większości wybraliście swoich partnerów, bo byli pod ręką?

Nie zrozumcie mnie źle, na pewno byli atrakcyjnymi osobami będącymi pod ręką. Ale nie da się ukryć, że dostępność to najpewniej najczęstsza przyczyna związków, a już na pewno częstsza niż magiczne połączenie dusz, czy co tam jeszcze macie w arsenale swojego słownictwa.

Bo skąd w naszym życiu pojawiają się nasi partnerzy? Ze szkoły, z grupy na studiach, z pracy, z zajęć w wolnym czasie. W znakomitej większości, to przecież nie osoby poznane przypadkiem i widziane raz, a ludzie z grup do których należymy.

A właściwie z podgrup. Rzućcie okiem na waszą szkołę, na przykład liceum. Ile było związków w klasach? No przynajmniej jeden na klasę, czasem dwa, lub trzy. Ale załóżmy po jednym, czyli jakieś siedem na rocznik. Ile było związków między klasami? Dwa? Trzy? Zawsze jest tak, że związki pomiędzy ludźmi z klasy są częstsze, niż związki ludzi z klas równoległych. I jakoś nie widzę możliwości, że gdyby dziewczyny z klasy A, zamienić z dziewczynami z klasy B, to nagle proporcje w dobieraniu się w pary odwróciłyby się. Na pewno zostałyby takie same – co jak co, ale statystyka nie kłamie.

Oznacza to, że będąc przyporządkowanym do zupełnie innej grupy z danego środowiska istnieje duża szansa na to, że związalibyśmy się z kimś innym i z kimś innym przeżywalibyśmy nasze unikalne i wyjątkowe doznania. Kogoś innego wstawili na zdjęcie w tle na fejsie i z kimś inny byłby współtwórcą naszych hasztagów „couplegoals”, i – idąc dalej tym tropem – ktoś inny byłby drugim rodzicem naszych dzieci.

Z biologicznego punktu widzenia, zakochanie to nic innego jak wyrzut hormonów. Czysta chemia pomiędzy dwójką osobników, którą pielęgnujemy bliskością. I tak naprawdę możemy zakochać się w większości ludzi, którzy są dla nas atrakcyjni. Często będzie lepszy ten, kto pierwszy.

Czy to smutne? Niekoniecznie.

Bo oczywiście możemy się buntować, i krzyczeć, że rzeczywistość jest bardziej kolorowa. Że moja miłość jest na pewno zrządzeniem losu, jest prawdziwa, romantyczna i jesteśmy sobie pisani.

I być może tak jest, nie zrozumcie mnie źle. Być może jesteście tym nielicznym odsetkiem ludzi, który wiąże się na dobre i na złe i związałby się niezależnie od okoliczności, po prostu dzięki temu, że wasze spojrzenia zetknęły się razem.

Tyle, że najprawdopodobniej nie.

Mówię jasno – wasze uczucie najpewniej nie jest magiczne i unikatowe, jest czymś co się naturalnie przytrafia. Ale nie oznacza to, że wydarzenia, które was razem spotkają magiczne i unikatowe nie będą.

Będą, będą. A te najlepsze wspomnienia będziecie nosić w sobie przez większość życia w stanie uśpionym, przywoływane poprzez jakąś piosenkę czy zapach. I mają absolutnie potencjał na to, by znajdować się w książkach, wierszach czy innych tekstach kultury.

Ale dobrze, jest rozumieć, że wystarczył drobny efekt motyla, abyśmy z tą osobą nigdy się nie zeszli i nigdy nie przeżyli tego wszystkiego razem. I podejść do tego szczęśliwego splotu okoliczności z szacunkiem.

Ludzie zakochani po jakimś czasie robią się pełni pychy. Wiedzą, że dla drugiej strony są ważni, więc pozwalają sobie na pewne kaprysy. A to się trochę pogniewają za bardzo, a to krzykną, a to się obrażą. I jakoś to leci, bo przecież druga osoba się nagle nie odkocha o taką pierdołę. No jak, skoro miłość zwycięży wszystkie przeszkody.

Jeśli jednak rozumiemy, że wcale nie musielibyśmy być beneficjentami tej miłości, to nagle otwiera się przed nami pewna perspektywa:

Może niekoniecznie muszę się o to gniewać? Może niekoniecznie muszę się o to unosić? Może niekoniecznie muszę się o to obrażać?

I myślę, że dobrze podchodzić do tego w taki sposób.

Bo pewnego dnia może się okazać, że będąc przekonanym o niezwykłości tego uczucia, ktoś nam jednak wytłumaczy, że nie było w tym nic niezwykłego, że po prostu byliśmy pod ręką.

A potem nam podziękuje.

.

.

.

.

.

.

Jak sobie klikniecie to macie fejsbuka oraz instagrama.

Chcesz się podzielić wpisem? Proszę bardzo, tylko gdzie?