Maria Stypułkowska-Chojecka „Kama”. Ur. 24.09.1926 – 5.02.2016. Strona Wikipedii o Pani Marii -> KLIKNIJ TUTAJ

(źródło: Aleksander Kunicki, Cichy front, Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 1969, s. 96)
Wywiad został przeprowadzony 18.10.2015

***

Rozmowa może wydawać się nieco chaotyczna, a samego Powstania Warszawskiego w niej nie jest bardzo wiele. Musisz jednak wziąć pod uwagę czytelniku, że wywiad jest częścią większej całości i  w tym momencie jesteśmy już po półtorej godziny rozmowy, dlatego Pani Maria była już zapewne zmęczona. Nie mam możliwości prawnych, by udostępnić cały wywiad, ale na pewno jeszcze wstawię bogate i obfite fragmenty rozmowy, w rocznicę Akcji Kutschera, właśnie na temat tej akcji.

Wszystkie przypisy są moje, tam gdzie mogłem zostawiłem hiperłącze dla dociekliwych czytelników, by mogli zdobyć więcej informacji.

Pani Maria była osobą bardzo ciepłą i niezwykle bystrą. Pomimo zaawansowanego wieku, nadal potrafiła błysnąć żartem, lub ukłuć ironią. A cała rozmowa była nie tylko ogromnym wyróżnieniem, ale i niekłamaną przyjemnością.

Jak już przeczytasz rozmowę, to proszę Cię czytelniku o zapoznanie się z okolicznościami, które do rozmowy doprowadziły. Zdradzę je na końcu.

***

Czy zdarzały się takie momenty, że czuła Pani, iż ociera się o śmierć?

Codziennie!
Ponieważ codziennie wychodziłam z domu i jechałam tramwajem, i w każdym momencie Niemcy mogli wejść do tramwaju i rewidować. Jechałam pewnego razu na Pragę na dworzec. Tym samym tramwajem jechały ze mną Kaja i Maja, dwie siostry. Dwie teczki z bronią pod nogami. I ja patrzę, tramwaj został zatrzymany już na trasie poza Wisłą. Wchodzą Niemcy, ja przyglądam się co robią dziewczyny, no bo ja wstałam, oni raus, raus! – by wysiąść, wysiadłam, miałam dokumenty możliwe, także mogłam śmiało wyjść. Dewajtis [Elżbieta Dziębowska, która też tam była] wysiadła także, też miała broń, wysiadła z teczką i postawiła tę teczkę na podbudowie, i kopnęła nogą, i teczka potoczyła się w długą. I poszła do rewizji, to znaczy pokazania dokumentów, którą ja też przeszłam i powiedziałabym, że śmierć przeszła mi tak tuż koło nosa.

A czy kiedykolwiek otworzono do Pani ogień?

To byśmy nie rozmawiali. Niemcy jak strzelali, no to już tak żeby zabić, albo ciężko ranić – to ani jedno, ani drugie się nie zdarzyło. A przy tym – lekko się podmalowałam, lekko, podobno ładna byłam, podobno zgrabna, uśmiechnięta. Kto by pomyślał, że taka uśmiechnięta to w środku to jest zaraza, tylko na zewnątrz taka.
Kiedyś Niemiec mnie zapytał o ulicę, więc ja mu pięknie wytłumaczyłam, a on pyta się, skąd znam niemiecki. Więc odpowiedziałam z uśmiechem „Ja się uczę Niemieckiego, auf widersehen” i poszłam. No przecież nie chciałam, żeby mnie ktoś widział z tym Niemcem, bo mnie mogli posądzić o to, że ja mam jakieś konszachty – chociaż nie miałam żadnych.

Jaka była Pani rola w Powstaniu Warszawskim?

W czasie Powstania przyjechałam do Warszawy po Krakowie [po Akcji Koppe], już nie miałam miejsca przy intendencie naszej kompanii, przy „Kobzie” [Henryk Zakrzewski]. Byłam jego łączniczka, no ale jak nie było mnie tyle czau to on dostał przydział jakiejś innej dziewczyny, która odwoziła i przywoziła broń. Dla mnie, pierwszego dnia jak przyszłam do domu, na Woli mieszkałam, to zabrałam opaski, które szyła moja mama, następnego dnia także, po czym już trzeciego dnia nie doszłam do tego domu, bo Niemcy byli już tam blisko i ja z ulicy Karolkowej i Leszna, przeczołgałam się na róg Lesznej, podpatrzyłam co się dzieje. Nic się nie działo, ale pustkę miałam w sercu, dlatego, że tam została moja mama i babcia. Moja mama, wedle mojej oceny wtedy, była mało zaradna w sytuacjach trudnych, kompletnie. No, a babcia, to już nie ma co mówić. I się zastanawiam: „Czy Niemcy ich zabili, czy jeszcze nie zabili?”. To było trzeciego, czwartego dnia powstania.
I co ja robiłam? W kuchni. Bardzo byłam zła, że inne są na linii [frontu], a mnie przydzielono do kuchni. I z tej kuchni z kotłem szłam z herbatą, kawą na linię i myślałam: „Ci to są szczęśliwi, bo są na linii, a ja co? Kocioł niosę!”
No, ale później jakoś się z tego wydobyłam, już byłam łączniczką, a na Starym Mieście wpadłam na pomysł zorganizowania punktu sanitarnego dla chorych, dla rannych. Jak popatrzyłam w jakich warunkach leżą ranni, w szpitalu na Długiej 7 – istnieje ten dom – , że na podłodze, na podwórzu leżą. No nie! Koleżanka swoją mamę zapytała, czy można byłoby ten punkt zorganizować, mama powiedziała, że owszem i miałam na punkcie sanitarnym kilkunastu chłopaków. Kilku było z „Parasola”, był też facet, który na ulicy został ranny z Powstania. I utrzymałam ten punkt dzięki panu, który przewodził całemu domowi, wszystkim lokatorom i gotowali w kotle od bielizny zupę dla wszystkich w domu i dla rannych także. Ja z kolei próbowałam gdzieś zdobyć jakiś wikt, jakieś produkty z których można było coś ugotować i dawałam to do wspólnej kuchni.
Dostałam rozkaz, że mam przyjść do Pałacu Krasińskich, ale sama, bez rannych. Ranni się nie nadawali do chodzenia, a niektórzy jednak poszli. I stamtąd, z Pałacu Krasińskich, weszłam do kanału i wyszłam na rogu Nowego Światu i Wareckiej. Byłam zdumiona, że na Śródmieściu są umalowane kobiety, w sukienkach pięknych. Nie ma ludzi brudnych, a wszyscy jak wyszliśmy z kanału to byliśmy cuchnący! Kolega mi powiedział, że jego rodzina gdzieś tam na Chmielnej mieszka, więc na pewno będę mogła się umyć. Coś tam obmyłam się, gdzie to już nie wiem, zdobyłam kawałek odzienia jakiegoś coś, przebrałam, a to w czym byłam to wypłukałam, bo przecież potrzebny mi był mój mundur na później. Bo byłam w mundurze niemieckim przecież, zdobyliśmy je na Stawkach [ulica Stawki] i chodziliśmy w niemieckich mundurach.
Krótko szłam ze Starówki na Śródmieście. Najdłużej z Mokotowa na Śródmieście, 18 godzin.

Nie do wiary.

Słucham?

Nie do wiary… Widzi Pani, to jest – dla człowieka, który tego nie przeżył to są rzeczy nie do wyobrażenia. Ile człowiek musiał znaleźć w sobie wewnętrznej siły, żeby takie rzeczy robić, żeby się nie złamać?

Łamali się inni. Koleżanka, która chciała [w kanale] się napić, to co zrobiłam? W twarz ją lunęłam.
W kanale z Mokotowa na Śródmieście były dwie barykady – co pan na to? Dwie barykady piętrzące wodę. Jak pan szedł od dołu w górę, to za tą barykadą już woda była po brodę. Gdyby nie wysoki kolega, który nas przenosił kawałek, to byśmy potonęli. Dwie takie barykady były, przecież to nie Niemcy budowali, tylko Polacy złapani, a potem rozstrzelani.

Mam jeszcze takie pytanie prywatne: Jaką rolę podczas wojny pełniła wiara w Boga? Ponieważ doświadczyła Pani okropnych koszmarów w młodym wieku, czy miała Pani jakiekolwiek zawahania wtedy? Zakładam, że wyszła Pani z domu wierząca, jak każdy Polak w tamtym okresie i zastanawiam się, czy była gdzieś u Pani taka wściekłość i pytania: „Jak to się mogło stać? Dlaczego tak się dzieje?”.

Wściekłość? Za co? Na Niemców.

(…)

Pamiętam, że byliśmy na Mokotowie. Była cisza, jakoś nie strzelali z armat, nie latały samoloty. Wchodzimy do piwnicy, to te domy dawne, przedwojenne, wysprzątane, ludzi mnóstwo, no i babeczki w moim wieku – w takim jak jestem teraz, może młodsze – śpiewały pieśni nabożne. A wie Pan co powiedziałam? Modlić się trzeba, owszem, ale może coś innego zaśpiewamy? Zaśpiewaliśmy „Pałacyk Michla, Żytnia, Wola”.


Były zgorszone te kobiety, jakże to? Że co my śpiewamy, jak one takie porządne. Nas to wkurzyło – przepraszam – że tutaj my z linii schodzimy, a tutaj one się modlą. Ja teraz to rozumiem, ale wtedy to byłam pełna innego nastawienia.
Opuściliśmy ten budynek, no i później poszliśmy w stronę Parku Dreszera. Tam byłam jak dwa samoloty Niemieckie zniżyły lot i siekły z broni pokładowej. Może ktoś na ulicy siedział, w tym parku. Ja zrobiłam ‚padnij’ w trawę, przeleżałam, samoloty odleciały, patrzę – jakaś teczka leży. Sięgnęłam po nią, patrzę do środka. Co było?

Broń?

Pomidory.
A ja przecież ciut zielonego w czasie powstania nie jadłam, moi koledzy także. Więc wołam: „Czyje pomidory, czyja teczka?!”. Nikt się nie odzywa, a jest kilka osób, które leżą. Po prostu już zostały trafione. Więc wzięłam te pomidory, przyszłam na bazę, na Dreszera – to po drugiej stronie parku – umyli te pomidory i było ich strasznie dużo, bo każdy po pół dostał. A dlaczego ja to pamiętam? Bo w tym dniu były moje imieniny i urodziny. 24 września. Tak to bym nie pamiętała.
No i później stamtąd przeszliśmy przez park, pobiegłam do Radosława [niestety, nie posiadam więcej informacji o żołnierzu], zdałam relację co i jak, pewnie o pomidorach też powiedziałam. Kazał nam przejść na drugą stronę, no bo wiadomo, że już Niemcy tutaj gromadzą siły. No to kawałek i wejście do kanału.
Jeden z kolegów, który już w tej chwili nie żyje, może z pięć-sześć lat temu zmarł, dawał mi futro – Breitschwanz. Nie wiem czy wiesz, to są łapki zwierząt, jakieś takie czarne.  „- Będzie Ci ciepło później.” „- Mnie i tak ciepło jest. Futro w kanale? Ledwo sama przejdę.”. Futro rzuciłam no i faktycznie, jakoś ledwo sama przeszłam. A on miał do mnie, żal, że futro piękne karakułowe – o, już wiem – wyrzuciłam, chociaż od niego dostałam. Od niego? Od losu. Ale też nie chciałam, co to było warte? Futro. Zdrowie i życie moich kolegów ważniejsze niż futro.
Także na tym prawie skończyłam. Nic więcej później nie zdobywałam, niedługo potem było poddanie się i koniec powstania.

A jak pamięta Pani okres wyzwolenia Polski? Dlatego, że z tego co widziałem na przykład w filmie „Róża”, koniec wojny nie oznaczał wcale końca koszmaru.

Bezwzględnie.
Po pierwsze, wtedy byłam w Częstochowie. Jakoś tak się zdarzyło, że ojca odnalazłam, czy ojciec mnie, potem odnaleźliśmy mamę. Wszyscy w Częstochowie byliśmy, babcia się nie odnalazła. Wyjmowaliśmy od kogoś lokal i były tam trzy łóżka: Na jednym spałam ja, na drugim znajomi mojego ojca, małżeństwo – nawet ślub tam wzięli – , i [na trzecim] rodzice. I właścicielka tego mieszkania wpadała do tego pokoju, kładła się na podłodze i patrzyła co jest pod łóżkiem. Ja mówię: „- O co chodzi?”. „- Czy panna Marysia nie ma przypadkiem broni?”. Ja mówię z ironią: „- I spałabym na broni?”

(Śmiech)

„- Lepiej by było jakbym miała pod poduszką, a nie mam”. I tak kilka razy. Potem zrobiłam co innego. Urządziłam jej polanie wodą: Drzwi otworzyła, z dzbanka woda na łeb poleciała i już przestała podglądać. Miałam pomysły, miałam.
Jak mieszkaliśmy przy ulicy Warszawskiej w Częstochowie – a tędy Niemcy uciekali, zanim Rosjanie ich pogonili – to widziałam: furmanki chłopskie, samochody, motocykle – no wszystko co jeździło, lub mogło jeździć. Nawet wierzchem na koniu jechał żołnierz niemiecki. A zaraz potem, niedługo po nich, przyszli Rosjanie. Na razie nie Polacy, Rosjanie. No i też było niedobrze wychodzić na ulice, bo na ulicach, w sklepach, czy w magazynach kradli. Jedni kradli, drudzy zabijali, trzeci pożądali. W każdym razie – nie wychodziłam.
I byłam w domu, to Panu opowiem, razem z mamą, jak weszli dwaj jak bela pijani żołnierze rosyjscy, nie polscy. I vodku. „- Majesz vodku?„. „- Nie mam”. Patrzą w szafie, pod łóżkami, wszędzie. Nie ma, trzy łóżka łatwo sprawdzić. Tym bardziej, że przykryłam się kurtką, bo nie miałam przecież pod czym spać. No to oni: „-Vodku nie majesz, to idziot. Vodka ili doczka” – albo wódka, albo córka. No więc córka nie miała bardzo ochoty iść, mama też i w tym momencie wpadł mój tata. Szczęśliwie on świetnie znał rosyjski i zaczął im tłumaczyć, że o co chodzi. Dlaczego chcą zabrać mnie? A ja zegarek, złoty zegarek na bransoletce, odpięłam z tyłu i do szafki schowałam żeby mama widziała. Ale czy oni widzieli, nie wiem. Byli pijani. I jak usłyszeli, że ten zna rosyjski i odpowiednio ich tam potraktował to wyszli, nie skorzystali z usług córki, ani ona z ich usług.
A to wszystko z parteru lokatorzy, którzy powiedzieli że wódka to tam. Akurat wtedy brałam wodę z kranu na korytarzu, więc mogłam to usłyszeć. Na tyle rosyjski znałam, że zrozumiałam. Ale ojciec pobiegł, gdzie jest ich dowódca, przyszedł młody człowiek, Wania. On powiedział, że jest przydzielony do tej grupy specjalistycznej, gdzie są złodzieje, bandyci i tak dalej. On wie, że on nie przeżyje, Ci którzy chcieli tutaj zabrać córkę to też nie przeżyją. Przez dwa dni do nas przychodził. Przynosił pół litra wódki, chleb – za którym tęskniliśmy – i opowiadał o swoich dziejach w związku radzieckim. A dlaczego go do tej grupy dołączyli? Dlatego, że był studentem. Inteligentny, to trzeba było zniszczyć. W ten sposób zniszczyć. Później oni się wyprowadzili, bo szli dalej. A dokąd? To nie wiem. Takie jeszcze przygody miałam.

A co opowiadał na przykład?

Że nie jest słodko. Że on jako student to owszem, czytał Marksa i Marks inaczej to widział, ten spokój, pokój i tak dalej, aniżeli jest to realizowane przez Ruskich. I tylko tyle mogę mogę powiedzieć, prawda?
Także bogate w rezultacie miałam życie.

No w tej sytuacji to dużo szczęścia

Tak. Z tym, że szczęśliwie, że ojciec przyszedł, bo przecież gdyby nie przyszedł to co, ja sama bym dwóm pijanym łobuzom dała radę? Pan Bóg nade mną świecił światełko, w każdym razie jakoś się udało.

(…)

***

Cała rozmowa została przeprowadzona dla Valor Studios i Adama Makosa. Była częścią przygotowań do jego książki na temat Powstania Warszawskiego. Książka nie ma jeszcze zatwierdzonej daty wydania, dzisiaj zdradzam to wam, byście mieli świadomość, że ktoś taki jak Adam istnieje i zagłębia się w historię Polski.

Do tej pory tylko jedna z jego książek została wydana w Polsce. Możecie znaleźć ją TUTAJ. A o samym Adamie przeczytać TUTAJ.

A jeśli jesteście zainteresowani tym co ja piszę, to mojego fejsbuka znajdziecie O TU.

Pozdrawiam cieplutko.

Jak zawsze zapraszam na fejsbuka oraz instagrama
Facebook
Instagram
A jeśli spodobał Ci się tekst, to zawsze możesz podzielić się ze znajomymi: