Maria Stypułkowska-Chojecka „Kama”. Ur. 24.09.1926 – 5.02.2016. Strona Wikipedii o Pani Marii -> KLIKNIJ TUTAJ

(źródło: Aleksander Kunicki, Cichy front, Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 1969, s. 96)
Wywiad został przeprowadzony 18.10.2015. Jest to ostatnia zarejestrowana rozmowa z Panią Marią.

***

Ile miała Pani lat jak wybuchła wojna?

Trzynaście.

Czyli kawałek życia w przedwojennej Polsce może Pani pamiętać. Jak zmieniło się życie kiedy wybuchła wojna, jak wyglądało wejście oddziałów niemieckich do Warszawy?

To pamiętam. Mam taki obrazek przed oczami: Warszawa już była zajęta przez Niemców, aczkolwiek jeszcze w Polsce trwały walki. Wracałam od moich dwóch koleżanek, obie miały francuskie nazwisko po ojcu: Jerome. Były to Hela i jej młodsza siostra Jagoda. Mieszkały na Woli, tak jak ja, tylko, że ja już bliżej Śródmieścia. Mieszkały przy takim podwórzu… ciężko to podwórzem nazwać: jakieś drzewa, trawka. Wyszły na chwilę, bo akurat nie było ostrzału artyleryjskiego. I w tym momencie Niemcy ostrzelali to miejsce z samolotu, bo niedaleko stamtąd stacjonowały Polskie oddziały, i obie dziewczyny zostały ranne. Hela tak, że chodziła – miała ranną nogę i rękę – natomiast młodsza Jagoda miała uszkodzoną nogę tak, że trzeba ją było amputować. Telefony musiały działać, skoro dowiedziałam się, że są ranne, więc poprosiłam mamę – bo samej przecież by mnie nie puściła – byśmy poszły odwiedzić te dwie koleżanki w ich domu – bo tam dochodziły do zdrowia, a nie w szpitalu.
Jak wracaliśmy to wszystkie bramy były zawarte – czyli zamknięte – ludzi na ulicy nie było kompletnie. Wszyscy tylko patrzyli spoza firanek, nawet nie bezpośrednio z okna. Dlaczego? Szedł oddział niemiecki. Jakiś niewielki, może to była kompania. I ten stukot butów o bruk – a jezdnia na Woli była brukowana kocimi łbami – i każdy ich krok sprawiał, że czułam się jakby ten dźwięk miał mnie udusić.
Nie udusił. Ale to było takie moje pierwsze spotkanie, właściwie widok, jak wygląda Niemiec.
Potem jak już Niemcy weszli na dobre do Warszawy, to na ulicy Wolskiej ustawili punkt, w którym rozdawali jedzenie z kotłów. No i babcia powiedziała, że pójdziemy, bo wszystko co było do zjedzenia w domu to już dawno było zjedzone. Mój ojciec wtedy skądś skombinował trochę kartofli, kartofle z wodą żeśmy jedli – to było takie jedzonko – i poszłyśmy zobaczyć, jak to wygląda to rozdawnictwo. Ludzi mnóstwo, tłum. Ludzie się nie tratowali, ale faktycznie pchali się do samochodu ciężarowego z odsłoniętą plandeką i tam z kotła rozdawano zupę. Facet w mundurze niemieckim.
Jak ja to zobaczyłam, to złapałam ją za rękę i odeszłyśmy. ” -Nie będę jadła zupy, którą rozdają Niemcy!”. Babcia mówi: ” -Ale nikt inny nie rozdaje”. ” – Niestety: nie pójdę, nie będę, nie”. I faktycznie, nie poszłyśmy i więcej się tam nie zjawiłam. To był drugi raz jak widziałam Niemca.

To jak udało się przeżyć?

No więc ojciec mój, z Woli, poszedł na Pragę, gdzie pracował tuż przed wojną, w takim dużym warsztacie kolejowym. Tam prowadzono kuchnię, więc była tam jakaś spiżarnia. Uznał zatem, że nikt tej spiżarni nie powinien specjalnie pilnować, może coś jest. I przyniósł kartofle, dwadzieścia pięć kilogramów na plecach. Z Pragi. A na Wolę to jest duży kawałek. I tak się jadło: zupa ziemniaczana – to znaczy kartofle i woda – lub placki, jeśli udało się zdobyć gdzieś trochę oleju. Także głodna nie byłam, ale najedzona też nie. I cały czas się zastanawiałam – co to będzie, jak już Niemcy opanują Warszawę i nie tylko Warszawę.
Okazało się, że szkoły były zamknięte, a kiedy je otworzono, to nauczano wszystkiego za wyjątkiem polskiego, historii oraz geografii. Czyli wszystkiego co dotyczyło ziemi Polskiej i Polski, miało nie być.

Czy był zakaz mówienia po polsku?

Nie.

Ale nauczyła się Pani niemieckiego.

Ja! (śmiech). Ale nie wtedy.
Nauczyłam się – już teraz wszystkiego zapomniałam – ze względu na moją funkcję w konspiracji. Musiałam być zdolna czytać i tłumaczyć, między innymi te zarządzenia, obwieszczenia, które Niemcy zamieszczali. Więc mówienie po niemiecku było dla mnie koniecznością, którą znosiłam z obrzydzeniem. Bezwzględnie, że nie był to dobry niemiecki, „Ja mieć, ja brać”, nie da się prędko języka nauczyć dobrze. Nawet angielskiego się nie da, prawda? A co dopiero języka, którego właścicielem był wróg.
A wracając do historii o dwóch koleżankach: Jadzia żyje do dnia dzisiejszego, ukończyła kursy pielęgniarskie i pracowała jako pielęgniarka, mając zamiast nogi protezę. W czasie wojny należała do harcerstwa, podobnie z resztą jak jej siostra Helena i obydwie wojnę przeżyły.
Co ja czyniłam w czasie okupacji? Przede wszystkim wpadłam na pomysł, że należy się uczyć i zebrałam grupkę dziewczyn, które przychodziły do mnie do domu. Ponieważ miałam książki do nauki języka polskiego, to z tych książek ja uczyłam. Przede wszystkim ortografii i gramatyki. Tak się nauczyłam języka polskiego, że nie robiłam żadnych błędów.
Moja mama uważała, że to uczenie w domu jest niebezpieczne, – troszkę miała racji – więc kiedy szkoły zostały otwarte to wróciłam do siódmej klasy. Kiedy skończyłam podstawówkę, to ojciec stwierdził, że powinnam skończyć szkołę zawodową. Mój tata uważał, że kobieta powinna być samodzielna – i słusznie. A zawód dla kobiety przed wojną to wie pan jaki to był? Krawiectwo.
Natomiast z podstawówki to część dziewczyn z mojej klasy należała do harcerstwa. Potajemnie, konspiracyjnie. Dawna przewodnicząca drużyny, była drużynową w okresie okupacji: Irena Malento.
Pod jej kierunkiem musiałam robić rzeczy, które uważałam za nieprzydatne. Bo i po cóż młodej dziewczynie informacje gdzie mieszka lekarz? Jakiej specjalizacji? Gdzie są apteki? Gdzie sklepy spożywce? Nie rozumiałam po co to było potrzebne, ale to był rozkaz, więc musiałam to wszystko odnotować. I to w głowie, a nie na papierze.
Na naszych zebraniach harcerskich, tych okupacyjnych, ćwiczyłyśmy pamięć, rysowałyśmy różne rzeczy – ale nie rysunki dla przyjemności, tylko dla pamięci, byśmy umiały zapamiętać to co widzieliśmy. No i mogłabym tak pana nudzić długo.

Ależ nie nudzi mnie Pani.

Kiedy już skończyłam tę szkołę, siedem lat do niej uczęszczałam, to jak już wspominałam, z inicjatywy taty poszłam do szkoły krawieckiej. Uczono nas kroju sukienek, fartuchów, szycia na maszynie. I wszystko było bardzo dobrze, dopóki nie miałam przekazać jak to ja szyję.

(Śmiech)

Co do teorii to wszystko było dobrze, ale do szycia nie miałam zupełnie zdolności, i mówiąc szczerze nie mam do dnia dzisiejszego. Chociaż swoim synom szyłam spodnie – lepsze, lub gorsze, ale były spodnie. Przecież tyle lat było trudno wszystko dostać.
Skończyłam tę szkołę, trzy lata, już w międzyczasie wstąpiłam do konspiracji. Wtedy nie rozumiałam po co były mi te wszystkie nauki na temat miejsca zamieszkania lekarzy, ale dzisiaj wiem, że gdyby ktoś od nas z konspiracji zachorował, to można było pójść po odpowiedniego specjalistę. Na szczęście później mieliśmy swoich lekarzy, w „Parasolu”.

Kiedy zaczęło się robić naprawdę źle podczas wojny? Kiedy zaczęły do was docierać informacje, że istnieje obóz w Auschwitz, albo informacje odnośnie Zbrodni Katyńskiej?

Ha! To najmniejsze wiadomości.
Proszę pana – od razu jak Niemcy weszli, to pierwsze co, to rozstrzelali sto pięć, czy ileś, osób w Wawrze. Wawer to jest taka miejscowość pod Warszawą, z resztą nie rozstrzelali ich w miejscowości, tylko w lesie. Za co? Za to, że mieli polskie nazwiska, nic nie zrobili. Zostali aresztowani w domu, zabrani i rozstrzelani.
Pyta pan co było straszne? Dla nas to [życie codzienne] było fatalne, bo każdy wiedział, że może wejść grupa Niemców „- kommen, kommen„, wyprowadzić i później zastrzelić. To było straszne. A dodatkowo zgrozy dodawało to, że dowiedzieliśmy się co się dzieje na Pawiaku [niemieckie więzienie polityczne, w którym – za Wikipedią – zamordowano 37 tysięcy osób, a 60 tysięcy wywieziono do obozów koncentracyjnych].
Kiedy kończyłam szkołę krawiecką to już należałam do konspiracji, ale to były takie… bym powiedziała, że dziecinne nawet zadania. Poza tymi lekarzami, to popatrzeć współpracują z Niemcami, czy nie. Akurat w budynku, w którym mieszkałam, na trzecim piętrze mieszkał pan, który był członkiem jakiejś komunistycznej organizacji. Jak na początku widywał samoloty to krzyczał: ” -To nasze, to nasze!” – że polskie. A to niemieckie były, tylko on z daleka tego nie widział. I jego Niemcy zabrali jako jednego z pierwszych. Potem odwiedzał tę rodzinę młody człowiek, który się „zakochał”. Tere-fere kuku, że się zakochał. W każdym razie miał spotkania z córką i to skuteczne, bo brzuszek jej zrobił, ale konspiracja się zorientowała, że jest to ubek i na ulicy – stałam na przeciwko na chodniku – podeszło do niego dwóch panów. Strzelili, uciekli i koniec.
Bardzo dobrze zrobili, żeby inni też się bali, jeśli byli tacy. A troszeczkę takich było.
Ja już wtedy należałam do „Parasola”, aczkolwiek wtedy nie mówiło się „Parasol” i wykonywałam zadania, które polecała mi drużynowa. Jednym z pierwszych zadań, było odwiedzenie miejsca, w którym przyjmowano paczki dla więźniów – to było na ulicy Krochmalnej – z bramy się wchodziło po schodkach, do takiego pomieszczenia, w którym było dużo paczek, przy stoliku siedział Niemiec, który nie mówił po polsku, trzeba było powiedzieć nazwisko i on przyjmował paczkę, nie sprawdzając co tam jest. No i doszłam do wniosku, ja i moja koleżanka Elżbieta Dziębowska – „Dewajtis” – by zobaczyć jak wygląda przyjmowanie paczek, tym bardziej, że od tego, który przyjmował paczki, zależało czy paczka zostanie dostarczona więźniowi, czy nie. Do tego miałyśmy informację, że ten człowiek na oddziale kobiecym Pawiaka sobie „działał”. Weszłyśmy, przyjrzałam się mu, zostawiłam paczkę – w której to był kamień, owinięty szarym papierem – i doszłam do wniosku, że to straszne, bo napisałam jakieś nazwisko i ktoś mógł mieć z tego powodu duży problem. Dlatego następnym razem, inaczej ubrana, po drodze kupiłam chleb, papier, sznurek. Wydumałam jakieś nazwisko Kowalski, nie-Kowalski – jakieś takie co często się spotyka – ale ten facet nic na listę nie spoglądał czy istnieje, czy nie. Przyjął tę paczkę, zapisał nazwisko, a ja mogłam mu się dobrze przyjrzeć. „Parasol” miał już co do niego plany.
Była to moja pierwsza akcja, przy ulicy Leszno. Obserwowałam jak na wozie z meblami wjeżdżał do podwórka. A skąd miał te meble? To było już po Powstaniu w Gettcie.

Czyli rozkradali to, co tam zostało?

A komu z Żydów pozwalali zabrać cokolwiek? Wychodzili i mieli to, co mogli w ręku przytrzymać. Więc on wywoził te meble z opuszczonych przez Żydów mieszkań. I wjeżdżał na teren Leszno 1, czy 3, i tam wyładowywano te meble, a on szedł sobie do kawiarni na kawę. No i zastanawiałam się, czy tam go nie załatwić, ale przecież siedzieli tam również i Polacy, a także Niemcy, więc mogło dojść do strzelaniny. Dlatego doszłam do wniosku, że to nie jest dobre miejsce na akcję i zameldowałam, że musi się to odbyć na ulicy, jak on będzie na tę kawę szedł. Kawę czy coś innego, nie pytałam co pijał.
W dniu akcji widziałam jak wjechał na furmance, właściwie na platformie – bo to była taka szeroka platforma, a z przodu siedzenie dla powożącego – i uważałam, że ten w mundurze to jest ten, na którego wydano wyrok śmierci. On wjechał na to podwórze, potem wyszedł. Ja wskazałam, że to jest ten, ale była to godzina gdzieś piąta, w listopadzie chyba, to już się ciemno robi, a ulice były słabo oświetlone, latarnie niebieskim papierem zasłonięte. Było to tak zrobione, żeby nie były wyraźne kontury tego kto szedł. A Polacy nosili – a, uśmieje się pan – fluorescencyjne broszki. I Polak musiał to mieć, Niemiec nie zakładał.
Kiedy pokazałam, że to on, podbiegłam do „Dewajtis”. Przeczekałyśmy moment akcji, oni [nasi] samochodem odjechali i zrobiłyśmy coś, czego nie wolno nam było robić, ale wróciłyśmy, bo ja musiałam zobaczyć, czy to jest ten Niemiec czy nie. Czy trafiono, czy może tylko jest ranny. No to podeszłyśmy do tego Szkopa, ale nie mogłam stwierdzić czy to ten, czy to nie ten, bo leżał twarzą do bruku. Poszłyśmy więc dalej, zdałyśmy relację komu trzeba co zrobiłyśmy, no i po jakimś czasie się dowiedziałyśmy, że owszem: ten, którego zgładzono działał na Pawiaku i szczególnie dokuczał kobietom, aczkolwiek to nie był ten na którego myśmy faktycznie czekały.
No i tak można by opowiadać, bo brałam udział w trzynastu akcjach. Niektóre z nich są znane, jak na przykład „Akcja Kutschera”, ale to już poza mną się stało, że jest znana. A dlaczego? Między innymi dlatego, że szef SS i policji wydał rozkaz rozstrzeliwania ludzi na ulicach. Nie wiem czy wie pan, ale zanim zaczęto rozstrzeliwać, to powieszono siedmiu mężczyzn na balkonie w domu, na terenie Getta, na wysokości pierwszego piętra. Nie wolno było przechodzić pod parkanem, więc co ludzie robili? Przynosili kwiaty i kładli na chodniku pod domem, vis-a-vis miejsca egzekucji.
Te rozkazy rozstrzelania szły od Kutschery, od pewnego czasu jak on pojawił się w Polsce.

No właśnie. Jak Kutschera prezentował się na tle swoich poprzedników? Czy wyróżniała go brutalność?

Wyróżniała. Dlatego, że jeśli w Warszawie, albo pod Warszawą była jakaś akcja [konspiracji], to od razu stawiano pod murem i zabijano ludzi. Siedem, osiem, dziesięć. Zrobiło się strasznie, i gdyby nie te stałe rozstrzeliwania ludzi na ulicach, to Kutschera nie dostałby wyroku śmierci od Sądu Polski Podziemnej. Tych rozstrzelanych było bardzo wielu.

***

Ciąg dalszy nastąpi.

Cała rozmowa została przeprowadzona dla Valor Studios i Adama Makosa. Była częścią przygotowań do jego książki na temat Powstania Warszawskiego. Książka nie ma jeszcze zatwierdzonej daty wydania, dzisiaj zdradzam to wam, byście mieli świadomość, że ktoś taki jak Adam istnieje i zagłębia się w historię Polski.

Do tej pory tylko jedna z jego książek została wydana w Polsce. Możecie znaleźć ją TUTAJ. A o samym Adamie przeczytać TUTAJ.

Poprzednia część wywiadu: TUTAJ.

Pozdrawiam cieplutko.

Chcesz się podzielić wpisem? Proszę bardzo, tylko gdzie?