Jeżdżąc Bla Bla Carem poznajemy ciekawych ludzi. Samochód – a właściwie jego ciasnota i odizolowanie od świata – ma to do siebie, że zbliża i daje poczucie zaufania, więc ludzie są skłonni podejmować trudniejsze tematy niźli np. w przedziale w pociągu. Chociaż nie ukrywam, że odkąd moi współpasażerowie dowiadują się, że jestem komikiem, to próbują sprzedawać mi swoje pomysły na żarty:

I wiesz, i wtedy taki Jurek co z nami był mówi, „Ej, nie ma już Ballantainsa?”, a jego żona mówi: „Ja mam banana”. No i taka historia.

Ale zdarzają się też ciekawsze tematy.

Komicy, a życie w społeczeństwie

Jestem w trakcie pisania programu komediowego na temat depresji, co jest wyzwaniem, bo poza tym, że muszę grzebać głęboko w zakamarkach umysłu do których wolałbym nie wracać, to jeszcze ma to być zabawne i lekkie. Ale tak gadaliśmy o swoich pomysłach z Piotrem, współpasażerem, i dodałem, że różnego typu nieprzyjemna przeszłość, jest wśród komików zjawiskiem powszechnym: A to ktoś miał ojca alkoholika, a to ktoś nie skończył studiów, a tu ktoś był bity w szkole, a tu problemy z uzależnieniami – co tam sobie wymyślicie. Nie powiedziałbym, że jest to większość, ale na pewno jest to widoczna część i wynika to na pewno z tego, że będąc młodym człowiekiem używasz poczucia humoru jako tarczy przed całym światem. Coś jak Chandler z „Przyjaciół”.

Piotr aż tak obeznany w komedii nie był, ale zwrócił uwagę, iż jest to też często powiązane ze środowiskiem artystycznym w ogóle, no i tak zaczęliśmy opowiadać sobie różne przypadki wygrzebywania się z życiowych nizin, aż w końcu konwersacja zeszła na standardową w tym przypadku anegdotę związaną z Sylvestrem Stallonem oraz filmem „Rocky”.

Dla tych, którzy nie wiedzą film „Rocky” to film o bokserze, który dobiega trzydziestki i nie ma żadnych perspektyw – niewiele osiągnął, a dodatkowo zajmuje się odzyskiwaniem długów dla okolicznego gangstera. Jednakże najlepszemu bokserowi świata – Apollo Creedowi – wypada przeciwnik i Apollo przebiegle uznaje, że da szansę jakiemuś lokalnemu przegrywowi, publika łyknie historię rodem z „american dream” i łatwe pieniążki zrobią hops do kieszeni. A tu się okazuje, że Rocky wcale nie zamierza dać się zbić, tylko planuje wykorzystać życiową szansę.

Pisanie scenariusza zbiegło się ze straszną biedą w życiu Stallone’a, który był zmuszony sprzedać swojego psa żeby mieć pieniądze na życie (potem go odkupił). Można zatem wyciągnąć wniosek, że Stallone częściowo wzorował się również i na swoim życiu.

A ta historia przypomniała mi słowa amerykańskiego komika, Joe Rogana, który w klipie na YouTube zatytułowanym „Najlepsza rada jaką kiedykolwiek usłyszałem” powiedział:

„Jeśli jesteś w dołku wyobraź sobie, że jesteś głównym bohaterem w filmie o Tobie”

A ten film jest o tym, jak bohater przezwycięża swoje problemy i kończy jako zwycięzca.

Ma to sens, bo ludzie uwielbiają takie filmy, albowiem mają coś z czym każdy z nas może się chociaż trochę utożsamiać.

Ma to sens, bo tylko garstka z nas jest na tyle uprzywilejowana od dzieciństwa, że wyrasta w warunkach, w których niczego nie brakuje i wszystko idzie jak po sznurku.

Problem jednakowoż pojawia się w próbie egzekucji tego planu. Bo na samym początku mamy przedstawienie bohatera, pod koniec mamy najczęściej moment załamania i finalną walkę z losem. Ale co łączy drugi i trzeci akt filmu „od zera, do bohatera”?

Montaż.

W filmie „Rocky” jest to montaż treningowy, widzimy poszczególne ćwiczenia, widzimy ogólną biedę jego warunków do doskonalenia swoich umiejętności. I to wszystko się fajnie ogląda.

Bo trwa dwie minuty.

A w życiu taki proces może trwać lata.

„Jak udało Ci się ogarnąć życie bez pogarszania sytuacji?”

Zapytał mnie kiedyś czytelnik i jeszcze nie miałem okazji odpowiedzieć na to pytanie.

(Dla tych którzy nie wiedzą, ja przez lata byłem nauczycielem języka angielskiego, co stopniowo porzucałem na rzecz najpierw pisania bloga, a potem robienia stand-upu.)

Otóż drogi czytelniku: Nie udało mi się.

Moja sytuacja pogorszyła się dramatycznie.

Kiedy żyjesz tak żeby mieć na życie, ale nic więcej, to zazwyczaj siedzisz w domu. Bo na rozrywki Cię nie stać. Zmieniasz drastycznie to jak żyjesz, więc połowa znajomych zostawia Ciebie, a drugą połowę zostawiasz Ty, bo zmiany w Twoim życiu nie współgrają z ich trybem życia.

Nie zliczę ile biletów autobusowych kupili mi bliscy (przyjaciele, rodzina), tylko i wyłącznie po to żebym mógł gdzieś dojechać na tzw. open-mic (kilkuminutowy występ za który nie dostajesz żadnych pieniędzy). Raz w Piotrkowie Trybunalskim występujący poczęstowali mnie pizzą, ale nie miałem nawet pieniędzy żeby kupić sobie wodę, a wstyd było mi prosić, więc piłem czerpiąc ją dłonią z kranu w toalecie. Raz też musiałem się prosić obcą osobę w autokarze o 2 złote do biletu, bo w internecie była inna cena niż u kierowcy i gdybym ich nie wyprosił, to zostałbym w nocy, w zimę na dworcu, w obcym mieście.

Wielokrotnie jechałem dwie, trzy, cztery godziny w jedną stronę, żeby wystąpić pięć minut i wrócić. Nierzadko wystąpić ŹLE, bo przecież się uczyłem i nie wiedziałem co czynię. Publiczność mnie nie lubiła, komicy mówili mi żebym przestał to robić, bo się nie nadaję, właściciele knajp nie chcieli zupełnie inwestować we współpracę ze mną i nierzadko traciłem pieniądze.  I tak to trwało przez jakiś rok.

Rok poczucia, że chyba jestem psychiczny, bo prawie nikt nie widzi w tym sensu. Dwanaście miesięcy wstydu, bo weź się umów na randkę z poczuciem, że w portfelu masz na dwa piwa, a Twoi rówieśnicy kupują mieszkanie na kredyt. I wcale nie zapowiada się, żeby coś się zmieniło.

A chwilę później zagrałem z Lotkiem i Teatr Palladium zareagował na mnie tak:

(Puknij w link, bo filmik rozjeżdżał mi tekst)

Rok walki żeby przekonać świat, że jestem cokolwiek wart, chociaż wszystko wskazywało na to, że jednak nie.

Rok, nie dwie minuty.

„Jeśli jesteś nie zadowolony z życia to po prostu coś zmień”

Zawsze bawiła mnie bezczelność, z którą młodzi ludzie szafują tą radą. „Po prostu coś zmień”

Zmiany nie są proste. Gdyby zmiany były proste to wszyscy chodzilibyśmy piękni, bogaci i szczęśliwi.

Lata pomiędzy dwudziestym, a trzydziestym rokiem życia, to lata w których życie przestaje być linearne. Możesz iść trybem szkoła -> praca -> partner -> małżeństwo, ale być może wcale niekoniecznie będzie to najlepszy wybór dla Ciebie. Pomiędzy dwudziestym, a trzydziestym rokiem życia inwestujesz w coś na podstawie przekonań bazujących – najczęściej – na teorii, praktykę poznajesz już w trakcie.

I nie możesz nagle, mając 30 lat, pozycję zawodową, być może żonę, dzieci, uznać, że teraz to zostawiasz wszystkie obowiązki, bo jednak zawsze chciałeś studiować psychologię. No chyba, że masz dostęp do nielimitowanych funduszy, to jak coś to się podziel.

Możesz to zrobić, owszem, ale będzie wymagać to od Ciebie zdwojonych wysiłków, organizacji i masy wyrzeczeń. A nie wiem czy to jest takie „po prostu”, biorąc pod uwagę, że duża część społeczeństwa ma problem, żeby w ciągu trzech dni odpisać na maila.

Dlatego dobrze kierować się jeszcze jednym spostrzeżeniem wyciągniętym z filmowych montaży. Otóż: Nie ma historii „od zera, do bohatera”, w której bohater w połowie wysiłku uznaje, że jebać to.

Nie chodzi o to żeby się nigdy nie poddawać, bo w życiu trzeba umieć odpuszczać rzeczy, które nam zupełnie nie służą, ale jeśli masz podjąć się jakiegoś dużego tematu w życiu i zostawić go w połowie, to już lepiej w ogóle tego nie robić, bo to trochę tak jakby spróbować dokonać operacji na swoim ciele, rozciąć i uznać, że jednak tyle wystarczy.

Nie, nie wystarczy.

Jeśli chcesz cokolwiek zmienić, musisz wytrzymać to, że świat przez miesiące, lub nawet lata, może pluć Ci w twarz.

Jeśli uważasz się za osobę nieasertywną, to być może za trzy-pięć lat, będziesz osobą zajebiście asertywną. Ale przez ten czas wielokrotnie będziesz się czuć jak pizda, bo nie będzie Ci wychodzić.

Jeśli często kłamiesz, to być może za trzy-pięć lat, będziesz osobą zajebiście słowną. Ale przez ten czas wielokrotnie będziesz przyłapywać się na mimowolnym oszukiwaniu, które będziesz musieć prostować.

I tak dalej, i tak dalej. A świat nie stanie dla Ciebie w miejscu i nikt nie podziękuje Ci za starania, bo ludzie oceniają siebie na podstawie intencji, ale innych na podstawie efektów. Dlatego swój film musisz doprowadzić do końca, musisz doprowadzić do finału.

Bo w innym przypadku będzie to film o człowieku-porażce, który człowiekiem-porażką pozostał. Nawet jeśli nie życiowo, to w swoich oczach.

I uwierz mi: takiego filmu nikt nie chce oglądać, a już na pewno nikt nie chce go przeżywać.

Po prostu.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

 

Jak zawsze zapraszam na fejsbuka oraz instagrama
Facebook
Instagram
A jeśli spodobał Ci się tekst, to zawsze możesz podzielić się ze znajomymi: