Dwa weekendy za nami, większość widziała, każdy ma swoją opinię.

I bardzo dobrze.

Tyle, że niby każdy ma swoją opinię… a jednak w większości one się powtarzają.

I często – jak z większością haseł powtarzanych przez społeczeństwo – najbardziej mądre, to one jednak nie są.

Czym jest „Kler”? – Kler, drogie panie i mili panowie, jest filmem fabularnym. To ważne, bo oskarżanie aktorów o utożsamianie się z rolą zakrawa na niebezpieczny debilizm.

Zdradzę wam sekret – można grać mordercę jak się nikogo nie zabiło. Wiecie dlaczego? Bo to gra aktorska. Udawanie znaczy.

No, ale nie da się ukryć, że Kler jest sprytnym filmem fabularnym, nawiązującym do prawdziwych wydarzeń i osób, jak chociażby słowami Acb. Michalika – „Dziecko lgnie, drugiego człowieka wciąga”, lub niebieskim strojem żony prezydenta, mocno sugerując, że wydarzenia w filmie bazują na prawdziwych historiach.

Nie da się również ukryć, że Kler jest dobrym sprytnym filmem fabularnym, ale akurat to żadna nowość, jak masz najlepszego reżysera Polski i obsadę aktorską z Braciakiem i Gajosem na czele.

Do bardzo dobrego filmu, jednak mu trochę brakuje. Mam wrażenie, że Smarzowski chciał zaznaczyć wszystko o czym w kościele mówi się, że jest, a oficjalnie nie wolno, więc mamy kreskówkowo pokazanych homoseksualistów. I to boli, bo ten homoseksualizm niczemu nie służył, poza tym, że był. W formie kabareciku, bo jeden ksiądz jest trochę zniewieściały, z typu „nie denerwuj się dziubku” i wiadomo – komedia.

Miksowanie trzech wątków też nie do końca wychodzi, bo – poza początkiem – wątek Więckiewicza jest gdzieś na zupełnie bocznym torze, a jeszcze dodatkowo Joanna Kulig (jego partnerka) gra na poziomie „Trudnych spraw”. Jest to irytujące i osobiście nie odczułem żadnej potrzeby kibicowania temu, by ich sytuacja skończyła się dobrze.

Co na pewno może się podobać, to fakt iż w filmie mamy pokazane postaci bardzo ludzkie – ich motywacje są zrozumiałe (nie tylko głównych bohaterów), a problemy realne. Nawet arcybiskup Mordowicz (czyli Gajos) jest postacią zrozumiałą – jest po prostu zwykłym chujem.

Wątek pedofilii jest przedstawiony bezbłędnie – Smarzowski myli tropy, nie daje nam zbyt szybko dojść do prawdy: „kiedy, co, gdzie, kto i jak”, a jak już mamy wszystkie komponenty, to musimy je sobie sami poskładać – nikt nas łyżeczką nie nakarmi prawdziwym rozwiązaniem.

Podoba mi się też to, że w filmie Smarzowskiego zły jest świat. Nie księża, tylko świat. Lubię takie brudne, niejednoznaczne filmy, w których – w ogólnym rozrachunku – dobra jest mniej, więcej jest uległości, przyzwolenia, zamiatania spraw pod dywan. Świat, w którym przyzwoitość jawi się jako heroiczny wyczyn, bo nikt Cię za to nie nagradza, a najczęściej jeszcze kopa w dupę dostaniesz.

Lubię takie filmy, bo sam tak postrzegam rzeczywistość.

Ale nie zamierzam go oglądać po raz drugi – miałem iść, nie byłem w stanie. Jak po „Róży”. Momentami tego brudu jest aż za wiele.

Ocena: 4-/6 (Cztery bo dobry, minus za ten karykaturalny homoseksualizm)

***

A teraz czas na rozprawienie się z ogólnymi opiniami na temat filmu:

Smarzowski z każdego kręgu wyciąga najgorsze zachowania i przedstawia to jako prawdziwą sytuację

Takie rozumowanie jest rozumowaniem na poziomie czwartej klasy podstawówki: Bo jest niesprawiedliwie, bo nie jest obiektywnie.

Idź płacz gdzie indziej.

Film ma być ciekawy, a nie opowiadający o każdej możliwej sytuacji. Jak to podsumował komik Wojtek Pięta: Zwykle nie robi się filmu o normalnych sytuacjach np. kto chciałby oglądać w Wigilię film o normalnych Świętach chłopaka, o którym wszyscy pamiętali pt. „Kevin zupełnie nie sam, bo z rodziną w domu zjada karpia”.

Chodzi o to, że tak naprawdę nieobiektywizm wcale nie przeszkadza i każda fabuła jest w jakiś sposób nieobiektywna. Nieobiektywizm to cecha neutralna, a nadajesz jej tylko i wyłącznie negatywnego wydźwięku, bo z jakiegoś innego powodu zakuł Cię film.

Może na przykład zakuło Cię to, że:

Film atakuje kościół

No i?

W sensie, że nie wolno?

No atakuje i ma czym, to chyba wolno.

Zwłaszcza, że wcale nie jest tak, że:

Film pokazuje księży jako samo zło

Bo są w nim księża bardzo źli, są księża bardzo dobrzy i są tacy pośrodku.

Tak jak wszędzie są ludzie źli, dobrzy i tacy pośrodku.

Jeśli obejrzałeś film i widzisz tam samych złych księży, to masz problem z pojmowaniem rzeczywistości. I ja to bym się tym nie chwalił, tylko wrócił do treści z podstawówki i gimnazjum, przerobił matmę żeby poćwiczyć logikę, łyknął jakiegoś „Psa, który jeździł koleją” żeby poćwiczyć czytanie ze zrozumieniem i obejrzał jeszcze raz.

Bo właściwie z takiego rozumowania wychodzi kolejna opcja:

Smarzowski to Vega dla intelektualistów

Czy my dotarliśmy do czasów, gdzie nazywanie czegoś „dla intelektualistów” ma być obelgą? No bez jaj.

A, i gdyby Vega był dla intelektualistów, to nie nie byłoby przytykiem nazywać kogoś Vegą, to tak na marginesie.

To tak jakby powiedzieć: Ferrari to taki Fiat, tylko zajebisty i luksusowy, i w ogóle jest wszystkim czym Fiat nie jest.

Ale musiałoby to zaboleć właścicieli Ferrari!

To już „Vega to Smarzowski dla debili” miałoby nieco więcej sensu, chociaż porównywanie „Botoksu” do „Drogówki” tylko dlatego, że mają wielu bohaterów, to trochę mało.

Ale przynajmniej byłaby to prawdziwa obelga.

Właściwie nic takiego nie pokazał czego nie wiedziałam

A co miał pokazać?

Skoro w zamierzeniu miał rozliczyć grzechy kościoła, to czego się spodziewałaś? Lotu w kosmos?

Koniec końców, to jest tylko zwykły film. Żądze ludzkie, pozostają zawsze takie same: władza, seks, pieniądze, plus przyjemność i uciekanie od odpowiedzialności. Czasem jeszcze zemsta.

To samo jest w każdym filmie Smarzowskiego, zmieniają się tylko okoliczności.

Bo tak samo jest wszędzie, zmieniają się tylko okoliczności.

Jesteśmy chujami często, w kosmos lata się rzadko.

.

.

.

.

.

.

.

.

Przeczytaj także:

Czemu gniewasz się na „Botoks”

50 twarzy Greya, recenzja

Ciemniejsza strona Greya, recenzja

Jak zawsze zapraszam na fejsbuka oraz instagrama
Facebook
Instagram
A jeśli spodobał Ci się tekst, to zawsze możesz podzielić się ze znajomymi: