Dzisiejsza historia rozpocznie się oglądaniem bloopersów w towarzystwie ziomeczków z osiedla, z którymi po 19 roku życia, w pełnym składzie widzimy się tak raz na dwa-trzy lata.

Łatwo sobie wyobrazić, że takie spotkanie jest suto zakrapiane alkoholem i przebiega w bardzo rubasznej atmosferze.

Wyjaśnijmy jeszcze co to są bloopersy. Bloopers – to termin, który określa zabawne wpadki z planu filmowego.

Było tak: staliśmy sobie, mocno zawiani, na „Chemiku” – boisku szkolnym dawnego technikum chemicznego – i jeden z nas wpadł na puszczenie video, które miał w telefonie. Tym video były bloopersy z filmów porno – a to jakaś Pani rozsiadła się na twarzy pana tak wygodnie, że musiał odklepać duszenie, a to gaśnica spadła ze ściany i przydzwoniła w głowę aktora. Zdziwilibyście się jak niebezpieczny potrafi być to zawód.

Zebraliśmy się w 5 osób i oglądaliśmy to zatem, ale szósty z naszej paczki bardzo się zezłościł. Nie był w stanie znieść takiej produkcji: krzyczał iż degeneruje ona kobiety, a on – jako ojciec – nie jest w stanie na to patrzeć, gdyż jedna z kobiet jest przecież matką jego syna i naprawdę długo zeszło nam na uspokojeniu jego urażonych uczuć.

Lata minęły, kolejne spotkanie naszej paczki wypadło w tym roku, ale nie mogliśmy zgromadzić się w pełnym składzie. Dlaczego? Ano dlatego, że ten kolega od degradacji kobiet jest obecnie w areszcie, oskarżony o to, że rzucił się na matkę swojego dziecka z nożem.

Taka sytuacja.

A piszę to tylko po to, byście mieli świadomość tego, jakie przełożenie na czyny mogą mieć słowa. Jak często wydaje się nam, że jesteśmy szlachetni i jak rzadko tak faktycznie jest.

***

Ostatnio przez fejsbuka zaczął przewijać się łańcuszek o takiej oto treści:

.. Moje drzwi, mój dom i telefon są zawsze otwarte dla każdego z moich bliskich, przyjaciół lub rodziny. Nie jest dobrze cierpieć w ciszy. Mam kawę, herbatę, a nawet trochę wina. Mogę przygotować coś słodkiego lub zdrowego, aby móc się z Tobą podzielić. Może mam tylko świeżą wodę lub kawałek chleba lub po prostu dam Ci moje ramię i milczenie, jeśli tego potrzebujesz… ja Zawsze będę tu, a Ty zawsze będziesz mile widziany! 💚 🙂🍀

Dołączam się do ruchu zapobiegania depresji, bo znam temat, wiem i rozumiem. Problem polega na tym, że osoba chora raczej sama nie poprosi o pomoc. Wysyła sygnały…

Jeśli jesteś ze mną, skopiuj i wklej na ścianie.

Czy ja dobrze widzę?

Będziecie depresję leczyć czymś słodkim i herbatą?

Zajebiście. Tak zapytam jeszcze: schizofrenię też? Może cukrzycę? Grypę?

Depresję leczą LEKI PRZECIWDEPRESYJNE. Kropka.

Chociaż oczywiście nie zabraniam nikomu leczyć się łańcuszkami na fejsie: wasze życie, wasza sprawa.

Tylko zastanawiam się skąd nagle u ludzi pogląd, że to oni są specjalistami od leczenia smutku, a lekarze wałami, którzy na niczym się nie znają.

Ale do tego sobie jeszcze kiedyś wrócimy.

***

Bo dzisiaj bardziej interesuje mnie inna część tego łańcuszka.

„Zawsze będę tu, a Ty zawsze będziesz mile widziany!”

Iiii, czyżby?

Serio. Czyżby?

Czy na pewno chcesz powiedzieć, że weźmiesz odpowiedzialność za być może niekoniecznie dobrze Ci znaną osobę chorą na depresję? Czy na pewno chcesz wywołać u kogoś taki obraz, że jesteś dla niego by wspierać go w chorobie?

Chorobie, której nie wyleczysz ani w tydzień, ani w miesiąc?

Tak, ja wiem, że tam jest napisane – bliskich, przyjaciół i rodziny, ale puszczasz to info nie bliskim, przyjaciołom i rodzinie, a wszystkim znajomym na fejsie.

A czy nie jest przypadkiem tak, że chcesz się po prostu napompować faktem jaki to nie jesteś dobry? Dodać sobie trochę społecznej walidacji, zapewnić dodatkowy zastrzyk serotoniny powiązany z poczuciem społecznego statusu oraz dopaminy, powiązanej z lajkami pod tym łańcuszkiem?

Bo coś mi się wydaje, że tak właśnie jest.

Nie inaczej.

***

Winem, czekoladą czy towarzystwem, to można sobie wyleczyć co najwyżej chandrę. I ja wiem, że jako społeczeństwo zaczęliśmy  – zupełnie idiotycznie – nazywać depresją wszelkie stany przygnębienia, robiąc swoistą językową kalkę od angielskiego get depressed, oznaczającego być przygnębionym.

I tak, jesteś winem, czekoladą i towarzystwem w jakiś sposób depresji zapobiegać, gdyż jedną z przyczyn depresji może być długotrwałe wystawienie na stres, a dobrze dobrane towarzystwo poziom stresu redukuje.

Ale ewidentnie jest tam napisane „osoba chora”, więc będziemy się trzymać tego, że rozmawiamy o wspieraniu osoby chorującej na depresję.

Nie ma nic fajnego we wspieraniu osoby z depresją: Jest to żmudny proces, gdzie musimy dostosować swoje tempo do tempa drugiej osoby. Znieść to, że nie wychodzi z łóżka, spóźnia się, jest ospała, potrafi w momencie zrobić się zmęczona i nerwowa. Zrozumieć to, że ona częstokroć będzie na nas „wisieć”, ale jednocześnie nie możemy dać jej bezrefleksyjnie „wisieć”, tylko kierować ją do specjalistów.

To są skomplikowane rzeczy. To są rzeczy, którym trzeba poświęcić kawałek życia.

Wyobraź sobie, że masz zaopiekować się osobą chorą w jakikolwiek inny sposób. Zrobisz to?

Czy Twoje drzwi będą otwarte, kiedy przyjdzie do Ciebie obca osoba chora na raka? Weźmiesz za nią odpowiedzialność? Będziesz z nią przez lata?

Pewnie nie.

I nie ma w tym nic złego – nie jesteśmy Matkami Teresami i każdy z nas musi zadbać przede wszystkim o siebie. Nie mamy w obowiązku zbawiać całego świata i najpewniej nie chcesz zbawiać całego świata.

A jedyny powód dla którego kopiujesz te bzdury to – poza społeczną walidacją swojej domniemanej dobroci – fakt, iż wydaje Ci się, że na wypiciu winka (na które też nie zaprosisz każdego chętnego, umówmy się) skończy się Twoja praca z depresją.

Że już kurwa: wyleczone!

Tyle, że co jeśli ktoś faktycznie się zgłosi?

Ktoś, za czyim towarzystwem być może niespecjalnie przepadasz?

***

Głupio będzie odmówić, co?

No chyba głupio trochę powiedzieć komuś, że „Wiesz co ziomuś, no pisałem, że zawsze drzwi otwarte, ale jednak nie dla Ciebie”.

A co jeśli nie odmówisz, ale po czasie ta osoba będzie chcieć więcej? Więcej Twojej obecności, więcej przebywania w Twoim domu – na co wcale nie masz ochoty?

Ile czasu zajmie Ci zanim podejmiesz czynną próbę wybrnięcia z sytuacji? Czy w ogóle polecisz klasykiem i zacznie się nieodpisywanie, nieodbieranie telefonów?

Pomyślałeś o tym co zrobisz w wielce prawdopodobnym przypadku, w którym będziesz musiał złamać złożoną komuś publicznie obietnicę?

Komuś kto szuka pomocy i jej nie dostanie?

Założę się, że nie.

Albowiem w fantazjach, także tych o tym jacy jesteśmy dobrzy, niekoniecznie jest miejsce na realizm.

Tak jak w fantazji tego mojego znajomego, co prawie zabił konkubinę.

A myślał, że jest pierwszym największym obrońcą praw kobiet.

***

Umówmy się – jeśli chcesz zrobić coś dobrego, to po prostu to zrób.

Pamiętam jak moja koleżanka z pracy, nauczycielka języka angielskiego, krzyczała o obrzezaniu kobiet w Afryce i o tym, że wszyscy powinni ten temat znać.

Temat jest straszny, ale moją propozycję by udała się do ośrodka ofiar przemocy domowej i na przykład zorganizowała takim kobietom zajęcia z angielskiego – i faktycznie zmienić jakoś świat, zamiast generować szum – przemilczała.

Mamy tyle możliwości, tyle miejsc w których można pomagać lokalnie: Domy dziecka, dziecięce oddziały onkologiczne.

I wierzę w to, że macie umiejętności, które w takich miejscach by się przydały. Coś możecie zorganizować.

A jeśli nie przekonują was ani możliwości, ani wasze umiejętności – to zawsze możecie oddać krew i wpłacić przynajmniej 5 złotych miesięcznie na wybraną organizację charytatywną.

I jeśli tak zrobicie, to chwalcie się tym ile wlezie, czemu nie.

Z tym, że – ja wiem – ciężko się pompować oddaniem krwi i 5 złotymi. Fajniej fantazją, w której nasze drzwi są zawsze otwarte. Ja naprawdę to rozumiem.

Aczkolwiek nie powinno tak być, a wiecie dlaczego?

Bo nawet najmniejsza pomoc jest ważniejsza od największych chęci.

.

.

.

.

.

.

.

.

Przeczytaj również:

Chcesz pomóc? Świetnie, mamy frajera!

Człowieku, daj sobie pomóc

 

Jak zawsze zapraszam na fejsbuka oraz instagrama
Facebook
Instagram
A jeśli spodobał Ci się tekst, to zawsze możesz podzielić się ze znajomymi: