W życiu tak naprawdę chciałem mieszkać tylko z jedną ze swoich dziewczyn.

Plan był prosty – dzieliło nas 500 kilometrów, więc w wakacje mieliśmy mieszkać razem, potem ja zostałbym w tym miejscu, ona wróciła do siebie (już byłoby to 200 kilometrów) i rok później zmieniła uczelnię żeby być już ze mną. Plan był też sensowny, sprawiedliwy, rozłożony w czasie i z uwagą na rozwój naszego potencjału.

Plan był doskonały.

Niestety im bliżej realizacji, tym bardziej wyczuwałem, że coś jest nie tak. Że rozmowy o szukaniu mieszkania kończą się na pobieżnym przejrzeniu ogłoszenia, braku działania, i tak naprawdę – pomimo tego, że umówiliśmy się już na sto procent – muszę sobie szukać alternatywy, bo zaraz zacznie się lipiec, wynajem trzeba będzie wyglądać od sierpnia, pojawią się wątpliwości czy warto na dwa miesiące i w końcu dostałem telefon:

„Dostałam pracę u siebie w mieście, jak myślisz czy powinnam ją przyjąć?”

Intuicja to jednak potężne stworzenie

Myślałem, że nie.

I nie tylko dlatego, że to zmieniłoby zupełnie moje plany na przyszłość, bo zdaję sobie sprawę, że partner partnerowi nie powinien blokować rozwoju, a ta praca brzmiała naprawdę dobrze. Chodziło o to, że Daria – bo tak zupełnie nie miała na imię, ale niech zostanie – miała już jedną pracę w stolicy, poprawki egzaminów na głowie i narzekała, że jest psychicznie wykończona, że potrzebuje odpoczynku, zwłaszcza, że być może, to jej ostanie wakacje w życiu. Przynajmniej do momentu, aż zacznie zarabiać solidne siano.

Więc tak, stwierdziłem, że w moich oczach to nierozsądna decyzja i wyjaśniłem dlaczego tak uważam, a ona zaczęła zbijać obiekcje. Pamiętam, że użyłem jeszcze dwóch argumentów, nie pamiętam już jakich, ale każdy z nich był negowany, zamiast rozważany. I wtedy zdałem sobie sprawę.

Ona wcale nie pytała mnie o opinię.

Decyzja była już podjęta, Daria po prostu miała nadzieję, że uda się jej przepchnąć ją jako decyzję podjętą wspólnie.

I pamiętam, że powiedziałem jej wtedy zdanie: To jest dobra decyzja dla Ciebie, ale „nas” wyrzucasz za okno.

Wytrzymaliśmy razem jeszcze 6 tygodni. Z „chłopaka na lata” w półtora miesiąca stałem się: „nie widzę w Tobie partnera”.

Czy bolało? Kurwa, jak bardzo – przyglądanie się temu jak malejesz w czyichś oczach to sport ekstremalny i polecam każdemu, kto chciałby swoje włosy zamienić na siwe. Odległość natomiast to wspaniałe narzędzie umożliwiające całkowity brak rozwiązania konfliktu, gdyż przez telefon możesz nie tylko nie konfrontować się z uczuciami drugiej osoby, ale także kłamać na temat swoich.

I czułem się winny. I bardzo, bardzo długo zastanawiałem się, czy faktycznie wtedy okazało się, że „my” przestaliśmy istnieć, czy być może było w porządku, ale sam sprowokowałem to odejście w ramach samospełniającej się przepowiedni.

Na szczęście przypadki rządzą tym światem.

Minął czas, spadł śnieg, a rany się zagoiły

Z lekkim niedowierzaniem wpatrywałem się w ekran telefonu, z którego wychodziło, że Agnieszka jest mną całkowicie zafascynowana. Myślałem – dziewczyno, widziałaś siebie w lustrze i mnie? Coś się tutaj nie dodaje.

Z dziennikarskiego obowiązku dodam, że w mojej opinii to ja odstawałem in minus.

No, ale nie zamierzałem się z tym kłócić, tylko przyglądałem się co z tego wyniknie.

Wyniknąć nie mogło wiele, Agnieszka była w relacji, której nie planowała kończyć, ale nie przeszkadzało mi to w zupełności. Ja żadnej relacji nie planowałem zaczynać, to raz, a dwa, że takie ramy relacji tworzą intymność, która nie jest powiązana w żaden sposób z erotyką, ale jednak buduje napięcie. Buduje, bo bardzo zbliża.

Wiem o tym, bo kiedyś jedna z moich koleżanek opowiedziała mi o tym, że najpewniej jej ciotka miała romans z księdzem z okolicznej parafii. Po jakimś czasie tajemnica ujrzała światło dziennie i nawet doszło do tego, że wujek koleżanki pobił hożego sługę Bożego, bo natknął się na niego w markecie. Kiedy o tym myślę, to oddałbym wszystkie pieniądze żeby to zobaczyć.

To byłby naprawdę pojebany odcinek „Ojca Mateusza”.

Myślałem o tej sytuacji sporo, bo zastanawiałem się w jaki sposób ksiądz skusił mamę koleżanki kuśką spod sutanny, niczym zakazanym owocem. Co było jego tajną bronią?

I wyszło mi, że właśnie dlatego, że był niedostępny i miał dużo czasu.

A mężczyzno, zaprawdę powiadam Ci: możesz mieć ciało Apollo, intelekt Einsteina, temperament Casanowy i penisa dopasowanego rozmiarem do każdej sytuacji niczym Inspektor Gadżet, a i tak jeśli inny mężczyzna spowoduje szczery uśmiech na twarzy Twojej kobiety, kiedy jest jej smutno przez Ciebie, to wiedz, że to jest moment w którym zaczynasz przegrywać.

Od teraz ktoś inny zacznie zajmować jej myśli.

A jeśli zacznie zajmować jej myśli, to zacznie do niego wracać. Jeśli zacznie do niego wracać, ale bez możliwości konsumpcji tego napięcia, to napięcie będzie rosło, a ludzie zaczną się w końcu emocjonalnie i intelektualnie pożerać, łaknąć każdej cząstki siebie.

I wtedy może być tak jak w przypadku księdza – romans, albo jak w moim – nic.

Chociaż nie takie nic. Chociażby przecież, przypomniałem sobie jak to jest, kiedy rozmowa zabiera Ci czas na sen i, szczerze mówiąc, myślałem, że takie doświadczenia już nie będą mi dane. Natomiast zdawałem sobie sprawę z krótkiego terminu przydatności naszej relacji w tamtejszym kształcie, więc nie zdziwiło mnie, kiedy napisała mi, że fajnie się gada, jesteś super mężczyzną, ale nie będę tej relacji rozwijać, bo mam swoją, którą chcę ratować.

Przytaknąłem ze zrozumieniem, ale musiałem zapytać skąd ta zauważalna fascynacja mną. Przecież nigdy wcześniej nie okazała tego w najmniejszym stopniu. Odpowiedziała, że mam coś co sprawia, że ludzie obojętnie nie potrafią przejść obok mnie.

A to był cytat. Cytat z jednego z moich ulubionych utworów.

Lubię melancholię, którą już znam. Lubię się w niej zanurzyć.

By usłyszeć podany mi przez Agnieszkę cytat ponownie  puściłem sobie Rovera „Jednorożec”, a potem Spotify wyrzuciło mi „Następną stację” Taco, a następnie Kubana: „Jak gdyby nic”

I to jest ciekawy utwór. Gdyby osoby z zaburzeniem borderline miałyby sobie wybrać hymn, to stanowczo rekomendowałbym tę opcję:

„Akcje w których są inni popchnięci pod bramkę, dla mnie jak poranny kac”, czy „Dzisiaj znów będę na bank jak uparty cieć, ale jutro przytaknę do antytez” są doskonałą wiwisekcją tego zaburzenia osobowości, bo podmiot liryczny jest nie tylko szczery, ale i bezczelny.

Jak prawdziwy border.

Tym razem jednak moją uwagę przykuły inne wersy, wersy brzmiące tak.

Zapytania znak
Rujnuję siebie, czy ją, czy już nas?
Jakie nas? Telefony od Ciebie na off, nie ma nas
Odpowiedzialność, ktoś mnie rozbroi jak to powie na głos
Nie wydzwaniałem jak ją z koleżanką, naszła ochota by pochłonąć miasto
Tak czy nie?

Naprawdę: przypadki rządzą światem.

Czasem zdarza się, że problem, który nas trapi od miesięcy nagle kliknie.

„Odpowiedzialność” to słowo klucz

Kiedy jeszcze pisałem regularnie, to często dostawałem od was wiadomości z opisami – nierzadko kilkustronicowymi – waszych relacji, z zapytaniem „czy mogło nam wyjść”?

I okazuje się, że jest na to jednoznaczna odpowiedź. Bo tak, mogło „wam” wyjść. Pytanie brzmi: czy było tam jakiekolwiek „my”? I kiedy „my” zaczyna się, lub się kończy.

Otóż nie ma „nas”, czy też „was”, jeśli jedno nie bierze odpowiedzialności za swoje zachowania, za swoje obietnice.

Zobaczcie: Agnieszka nie miała wobec mnie żadnych zobowiązań. Mogła spokojnie zakończyć rozmowę i już nigdy nie partycypować w niej z podobnym zaangażowaniem, a jednak postanowiła mnie uprzedzić. Wzięła odpowiedzialność za samo okazanie zainteresowania, bo tak naprawdę jest to obietnicą, że jeśli się odezwę po raz kolejny, to zainteresowanie będzie na podobnym poziomie. Tak wygląda zdrowy kontakt, ludzie nie powinni skokowo zmieniać swojego nastawienia do drugiej osoby.

Z drugiej strony Daria nie tylko nie wzięła odpowiedzialności za nagłą zmianę planów mojego życia, ale również próbowała tę zmianę planów przepchnąć jako wspólną decyzję, czyli odsunąć się od tej odpowiedzialności jak najmocniej. Nie przedstawiła żadnej działającej alternatywy; mogłem to tylko zaakceptować, albo nie. A takie „nienegocjowalne” podejście do relacji, to jeden z objawów toksycznego związku. Wtedy osoba daje Ci tylko i wyłącznie jeden środek nacisku, którym jest rozstanie.

To tak tylko jakbyście się zastanawiali skąd biorą się pary, które zrywają ze sobą po szesnaście razy.

Więc tak, Daria wyrzuciła „nas” przez okno. Przykro mi, ale okazało się, że miałem rację, nazywając to instynktownie w taki sposób. To właśnie wtedy nasz związek zaczął się kończyć. I szczerze mówiąc, kiedy zacząłem patrzeć wstecz to zauważyłem wielokrotnie powtarzający się schemat braku odpowiedzialności, ale o przykrych rzeczach nie będziemy gadać.

A, to że próbowałem się w jakikolwiek sposób obwinić, wynikało z jednego, prostego powodu: taka wizja była dla mnie wygodna. Bo przecież jeśli wina leżałaby po mojej stronie, to mógłbym to skorygować i naprawić, a wtedy nasza relacja miałaby szansę. Brzmi to tragicznie, ale jeśli bardzo nie chcemy czegoś zobaczyć, to nie zobaczymy tego nawet jak będzie stało przed nami.

Bo tego pragnie każda osoba, która do mnie pisze. Każda osoba, która tęskni za swoim partnerem.

Nadziei.

Chcemy wiedzieć, że to tylko zwykłe nieporozumienie.

Chcemy myśleć, że gdyby tylko zmienić jedną rzecz, to wszystko potoczyłoby się zupełnie inaczej.

Ale czyżby?

Wiem, że wasz mózg wyrzuca wam kolejne dziesiątki scenariuszy i podaje gotowe rozwiązania, niczym riposty długo po kłótni. Pytanie brzmi tylko czy jakiekolwiek rozwiązanie mogłoby zadziałać? Czy druga strona brała odpowiedzialność za swoje obietnice, czy po prostu chciała mieć i przywileje związkowe, i przywileje singla?

I nie chodzi tu o to, że nie można zmienić swojego stosunku do obietnicy. Można chcieć z kimś być, mieszkać czy jechać na wakacje do Krosna, a potem zmienić zdanie – życie się zmienia, sytuacje też. To normalne.

Ale trzeba powiedzieć co się zmieniło, dlaczego się zmieniło i co teraz. Wymaganie tego, żeby partner domyślił się co jest inaczej i się do tego dostosował, jest niczym innym jak przemocą emocjonalną, jeszcze taką w białych rękawiczkach.

Więc pytam, jeszcze raz. Czy w tych momentach, w których wyobrażasz sobie, że coś mogło być inaczej, Twój partner wziął odpowiedzialność za to co Ci obiecał?

Czy w tych momentach, w których najbardziej potrzebowałeś tej drugiej osoby, byliście razem?

Czy byłeś sam/sama?

.
.
.
.
.
.

I tak, ten tekst nie ma zakończenia. Nie musi mieć.

Bo swoją odpowiedź już znasz.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

.

Przeczytaj również:

Wierność

Niestabilność = przemoc

Jak zawsze zapraszam na fejsbuka oraz instagrama
Facebook
Instagram
A jeśli spodobał Ci się tekst, to zawsze możesz podzielić się ze znajomymi: