Na sam początek internetowy poradnik: Jak napisać standardową recenzję filmu „Botoks”

  1. Powiedz o tym, że Patryk Vega to tak naprawdę Patryk Krzemieniecki, bo żarty z nazwiska są najśmieszniejsze, a brak zrozumienia, że jest coś takiego jak pseudonim artystyczny jest nie na Twoje zdolności postrzegania świata.
  2. Powiedz, że Vega chciał zrobić takiego Pitbulla w szpitalu
  3. Zażartuj sobie, że następnym razem zrobi film o strażakach, czy pracownikach poczty hehe.

No i już. A jak napisać dobrą recenzję? O tak:

Z opisu filmu dowiadujemy się, że to historia czterech dziewczyn, których losy się przeplatają i faktycznie jak się nad tym zastanowić to prawda. Szkoda tylko, że bez czytania, widz nie ma pojęcia o czym był ten film. Dlaczego? Ano dlatego, że po raz kolejny dostał fabułę wmontowaną w szereg skeczy-nieskeczy, tak by zwiastun wyglądał dobrze, a potem internety mogły wstawiać filmiki o „szonach”. To standardowa formuła Patryka Vegi: Zrobić wywiady, wyciągnąć z nich mocne historie, zrobić film (albo trzy) i do tego wypuścić rozmowy w formie książki.

$$$

Nie ma co się na pana Vegę gniewać – na pewno ma swoje rachunki do zapłacenia. No, ale z reakcji w internecie widać, że szerokiej publiczności „Botoks” nie podszedł.

Dobra, ale o czym jest film: Rozpoczynamy historią Danieli, która jest menelicą. Jest zżulona do stopnia, że ledwo mówi, mieszka na melinie, gdzie spożywa wódkę z rodziną. Rodzinne perypetie sprawiają, że wraz z równie zżulonym bratem zostają ratownikami medycznymi. Ta sama osoba zostanie w pewnym momencie udziałowcem w firmie farmaceutycznej, kierująca siecią aptek, bo tak to się właśnie dzieje w życiu.

Taką mamy bazę. I nasza baza rozpoczyna się montażem najróżniejszych patologii podanych w formie gagów. No ludzie się tam gniewają na seks z psem, ale ja bym przymknął na to oko – „Drogówka” rozpoczyna się podobnym melanżem groteski, a i tak jest jednym z najlepszych polskich filmów w ogóle. I jedna z kobiecych historii faktycznie nawet do poziomu Smarzowskiego mogłaby aspirować; mowa tu o lekarce, która dokonuje aborcji bez mrugnięcia okiem, ale zachodzi w ciążę i zmienia swoje spojrzenie na świat, ale przez to zaczyna tworzyć problemy w oczach kolegów oraz ordynatora. To jest naprawdę ciekawy wątek i gdyby został umieszczony w dobrym filmie, to na pewno prowokowałby dyskusję.

Tylko, że po pierwsze: pokraczne gagi się nie kończą i są z nami do końca filmu, całkowicie wybijając z jakiegokolwiek poczucia patosu.

Po drugie: Fabuła aż ugina się od niedorzeczności, więc nie da się tej historii traktować poważnie. Spisałem bzdury wymyślone na poczekaniu z jednego tylko wątku. To spoiler, więc pogrubię, jak nie chcesz to przewiń i zacznij czytać od niepogrubionego:

– Większość akcji filmu dzieje się na przestrzeni 9 miesięcy (ciąża bohaterki) tylko, że cały czas jest lato.
– W ciągu tych 9 miesięcy, Daniela – nie od razu – dostaje pracę w koncernie farmaceutycznym, buduje swoją pozycję, przechodzi dwie – bardzo poważne – operacje plastyczne całego ciała, wraca do pracy po okresie rekonwalescencji (nie widzimy go, ale musiał być), uwodzi lekarza z którym jedzie do Afryki, w nagrodę za kolejny sukces dostaje sieć aptek, w międzyczasie firma wypuszcza lek, a Daniela robi jakiś przekręt, jedzie do Paryża, by wziąć udział w sympozjum i dochodzi do momentu, aż szefowa przechodzi z nią na Ty. Wszystko w słoneczne 9 miesięcy.
Poza tym:

– Daniela buduje swoją pozycję w koncernie farmaceutycznym, bo przekonuje aż dwóch lekarzy, by korzystali z usług jej firmy
– Koleżanka w ciąży bez problemu jedzie w ramach rozliczenia kwartalnego do Afryki i ma zafundowane sympozjum, chociaż by wygrać konkurs w rozliczeniu kwartalnym, to najpierw musi się nowy kwartał zacząć, czyli minąć więcej niż 3 miesiące + czas na odebranie nagrody. Chodzi o to, że miałaby brzuszek.
– Sieć aptek Danieli to jedna apteka.
– Daniela w swojej sieci aptek zatrudnia swojego brata, co jest niezgodne z prawem, gdyż ten nie ma nic wspólnego z żadnym wykształceniem, a co dopiero z farmacją.
– Sieć aptek Danieli zatrudnia tylko i wyłącznie jej brata. Innych pracowników brak.
– Daniela nie jest zadowolona z tego, że spotyka się z facetem, który jako pierwszy sprawił, że miała orgazm w swoim trzydziestoletnim życiu, chociaż logicznym jest, że powinna się w nim zakochać.
– Daniela miała z tym mężczyzną 5 orgazmów, ale nadal wyśmiewa wielkość jego penisa, bo przecież logicznym jest, że facet nie potrafi jej w żaden sposób nim dogodzić.
– Daniela mści się na mężczyźnie, który nie zrobił jej nic złego.
– Daniela nie ma nawrotów alkoholizmu. Daniela nie ma żadnych dolegliwości psychicznych powiązanych z uzależnieniem.
– Daniela, pomimo tego, że znaczną część dorosłego życia była żulem, nie odstaje intelektualnie od koleżanek-lekarek.

No to teraz pomyślcie, że to jeden z czterech wątków. W innym lekarka każe się masturbować pacjentowi na oczach swoich i jego żony, by następnie z tym mężczyzną się zejść, bo on mówi, że chce się z nią umówić i pokazuje jej dochody, by wzbudzić jej zainteresowanie. W innym, lekarka zostaje zmuszona do pracy w dzień porodu, chociaż logicznym jest, że od dawna byłaby na zwolnieniu.

Tym problemom można było zapobiec w bardzo prosty sposób: Przysiąść do scenariusza. Tyle. A jak ktoś nie wierzy, to napiszę drugi tekst i na poczekaniu usunę 3/4 problemów, a jak dłużej posiedzę to wszystkie.

Te wszystkie głupoty sprawiają, że ostatnia scena, jest tak pretensjonalna, że nie da się na to patrzeć. Myślisz sobie – film trwający ponad dwie godziny ma czas na TO? Serio? To po dwóch godzinach flakonów od perfum w dupie, nagle robimy film symboliczny? Wydźwięk jest zerowy.

Recenzenci biczują też film za to, że był zbyt bardzo dosadny. Mnie tam to nie rusza, chociaż faktycznie scenę porodu – wyciągania dziecka z pochwy – no mógł nam reżyser darować. Ale krew czy noworodki mi nie przeszkadzały. „Różę” widziałem, „Wołyń” widziałem – aborcja w filmie mi krzywdy nie zrobi.

Ale nie można z jednej strony jechać po bandzie, a z drugiej robić rzeczy umownie. Scena „gwałtu” na Agnieszce Dygant jest całkowitym bumelanctwem. Kiedy ona skarży się na to, że cały czas czuje spermę sanitariusza w ustach i dlatego chce się zabić – co brzmi dość poważnie – to nie można pokazać tego zdarzenia poprzez ściskanie za cycka! Oczywiście – tak jak ze sceną porodu – nie trzeba być w stu procentach dosłownym i strzelać białą mazią na twarz pani Agnieszki, no, ale gdyby pokazać, że ten facet jakoś stęka, znaczy, że doszedł, i że ona potem siedzi w wannie i się kaleczy czy coś, no to wtedy poczulibyśmy wagę zdarzenia. A tak to tylko pytamy – eeee, co?

Ale to i tak jest nieważne! Ten wątek nie wraca zupełnie do filmu. Tak se tylko był, jako anegdotka. Śmichy, chichy, gwałcichy – ale lecimy z wątkami, bo przecież do opowiedzenia jest żart sprzed 20 lat, to trzeba się śpieszyć.

Jeśli chodzi o kreacje aktorskie to wszyscy zachwycają się grą Katarzyny Warnke. Nikt nie wziął pod uwagę jednak, że poza talentem aktorskim, ta dama zachwyca rozciągnięciem, które możemy oglądać w scenie erotycznej. Pani Katarzyno – chapau bas. Do tego fragmentu na pewno będę wracać.

No i tyle, taki sobie „Botoks” jest. Ale tak sobie myślę:

Droga publiczności, czemu „Botoks” Ci przeszkadza, a „Pitbulle” są cacy?

Przecież „Botoks” cierpi na dokładnie te same problemy co dwa poprzednie filmy z serii „Pitbull”. Jest trochę gorszy, ale formuła odbita od kalki. A przecież „Niebezpiecznymi kobietami” to się ludzie zachwycają, że paluszki lizać. No o co wam chodzi, skąd ta złość? Czy żarty w świecie policji są już śmieszne, a w świecie lekarzy już nie bardzo?

Widzicie – nie ma co się na Vegę gniewać, jak mu do tej pory wszyscy mówili, że jest super. „Pitbulle” gratka, „Służby specjalne” odważne. No to wziął i zrobił to samo. Gorzej, owszem, ale nagle wszyscy się zachowują jakby zranił im matkę i mają pretensję o to, że stosuje formułę, którą do tej pory większość brała z połykiem.

I te wszystkie docinki i krzyki to nic innego, że nazwisko Vega – to nazwisko wielkie. Że przyciąga ludzi do kin i przyciągać dalej będzie. I możecie się wszyscy śmiać, że hehe, co następne, o pracownikach poczty?

Ale prawda jest taka, że jak za dwa lata wyjdą np. „Księża” to i tak każdy do kina pójdzie.

A pewnie wyjdą.

Co mają nie wyjść. Krzyki, krzykami, ale pieniądze zostały w kasie.

I Vega wygrywa.

.

.

.

.

.

.

.

 

 

Jak zawsze zapraszam na fejsbuka oraz instagrama
Facebook
Instagram
A jeśli spodobał Ci się tekst, to zawsze możesz podzielić się ze znajomymi: